„Powiedziałam dzieciom, że mam kogoś. Syn wyszedł trzaskając drzwiami, a córka spytała, czy na starość całkiem oszalałam”
„Mamo, ty się słyszysz w ogóle?” – syn aż odsunął krzesło od stołu. „Masz prawie siedemdziesiątkę i będziesz się po ludziach prowadzać z obcym chłopem?”
Córka patrzyła na mnie tak, jakbym powiedziała, że sprzedaję mieszkanie i wyjeżdżam do cyrku.
„To nie jest żaden obcy chłop, tylko człowiek, którego znam od paru miesięcy” – odpowiedziałam. „I nie prowadzę się, tylko spotykam.”
„No właśnie, spotykasz. W twoim wieku” – prychnęła córka. „Ludzie będą gadać.”
Powiem szczerze, bardziej mnie wtedy zabolało to „w twoim wieku” niż wszystko inne. Jakby po śmierci męża człowiek już miał tylko siedzieć w domu, chodzić na cmentarz, pilnować leków i czekać nie wiadomo na co.
Mąż zmarł siedem lat temu. Nagle. Rano jeszcze pojechał do przychodni po skierowanie do kardiologa, a wieczorem już go nie było. Po tym wszystkim długo byłam jak nieprzytomna. Praca w bibliotece miejskiej, zakupy w Biedronce, cmentarz, serial, spanie. Córka dzwoniła, syn wpadał czasem coś naprawić, wnuczka przychodziła na rosół. Niby życie szło, ale tak naprawdę stało.
Tego pana poznałam w sanatorium w Ciechocinku. Pojechałam na kręgosłup, bo już nie dawałam rady. On był po operacji biodra. Wdowiec. Spokojny, zwyczajny. Żadnych wielkich słów. Najpierw siedzieliśmy przy jednym stoliku na śniadaniu, potem poszliśmy na koncert w parku, potem zaczął do mnie dzwonić. Mieszka w Inowrocławiu, więc to nie koniec świata. Przyjeżdżał czasem pociągiem, czasem ja jechałam do niego. Kawa, spacer, obiad, czasem kino w galerii. Nic strasznego.
Ale dla moich dzieci to było straszne.
„Mamo, tacy faceci to szukają tylko opiekunki albo mieszkania” – powiedział syn. „Dzisiaj ci kwiaty przynosi, a jutro się zamelduje.”
„Albo cię naciągnie” – dodała córka. „Starsze kobiety są łatwowierne.”
Aż mnie zamurowało. Bo z jednej strony wiedziałam, że może trochę się martwią. Różne rzeczy się słyszy. Ale z drugiej… oni mówili do mnie jak do dziecka.
„Ja jeszcze rozum mam” – powiedziałam. „I nikogo do mieszkania nie wpuszczam z walizką.”
Syn tylko machnął ręką. „Dzisiaj tak mówisz.”
Potem zaczęły się małe wojny. Córka przestała wpadać bez zapowiedzi. Jak przychodziła, to od razu patrzyła, czy nie ma drugiej szczoteczki w łazience. Syn raz wypalił przy wnuczce: „Babcia ma narzeczonego”, takim tonem, że mała się zaczęła śmiać, a mnie zrobiło się zwyczajnie głupio.
Najgorsze było jednak to, że sama zaczęłam się zastanawiać, czy oni nie mają racji. Bo ten mój znajomy raz wspomniał, że wynajmuje mieszkanie i ma ciężko po opłatach. Innym razem, że synowa nie chce, żeby za często wpadał do nich bez zapowiedzi. Pomyślałam sobie wtedy: no pięknie, może faktycznie szuka sobie spokojnej przystani.
Zapytałam go wprost.
„Powiedz mi szczerze. Ty chcesz być ze mną czy szukasz sobie wygodnego życia?”
Spojrzał na mnie tak, jakby go ktoś spoliczkował.
„A ty myślisz, że ja o czym marzę? O twojej emeryturze?”
„Nie o emeryturze. O mieszkaniu.”
Długo nic nie mówił. Potem tylko westchnął.
„Moja żona chorowała pięć lat. Przewijałem, kąpałem, gotowałem. Po jej śmierci pierwszy raz od dawna mam ciszę w domu i szczerze? Czasem ta cisza mnie zjada. Nie szukam pielęgniarki ani lokum. Szukam człowieka. Ale jak twoje dzieci tak na mnie patrzą, to zaczynam się zastanawiać, czy jest sens.”
I wtedy pierwszy raz zrobiło mi się naprawdę wstyd. Nie za niego. Za nas.
Myślałam, że na tym się skończy, ale nie. Dwa tygodnie później syn przyszedł z córką i od progu zaczęli o „ważnej rozmowie”.
„Chcemy, żebyś zrobiła rozdzielność majątkową albo testament” – powiedziała córka.
Aż się roześmiałam, bo myślałam, że żartuje. Ale oni stali poważni.
„Jaką rozdzielność? Ja nie mam ślubu.”
„To zrób testament” – powiedział syn. „Żeby potem nie było problemu.”
I tu mnie coś tknęło.
„Potem, czyli kiedy?”
Syn się zaczerwienił. Córka spojrzała w bok.
„Mamo, no nie udawaj. Chodzi o mieszkanie.”
No i wyszło. Nie chodziło tylko o mój honor, moje bezpieczeństwo, ludzi, co będą gadać. Chodziło też o to mieszkanie po rodzicach, w bloku na osiedlu, które po remoncie jest dziś warte dużo więcej niż kiedyś. Niby mówili, że się boją o mnie, ale jednocześnie już liczyli, co będzie „potem”.
Pokłóciliśmy się wtedy strasznie.
„Czyli co, mam już żyć pod wasze przyszłe spadki?” – krzyczałam. „Mam siedzieć sama, żeby wam się wszystko zgadzało?”
Córka też się rozpłakała.
„To nie tak! Ja się boję, że ktoś cię wykorzysta, a potem zostaniesz sama i chora!”
Syn walnął ręką w stół.
„Bo widziałem to u teściowej! Też był jeden taki miły, a potem kredyt na nią wziął!”
I wtedy trochę mi opadły emocje. Bo pierwszy raz powiedzieli coś konkretnego, a nie tylko że „wstyd” i „co ludzie”. Może naprawdę mieli w głowie tamtą historię. Może jedno i drugie było prawdą naraz: i strach o mnie, i myślenie o majątku.
Wieczorem zadzwoniłam do córki.
„Słuchaj, testament zrobię. Nie dla was, tylko dla świętego spokoju. Ale z nikim się nie rozstanę dlatego, że wam jest niezręcznie.”
Była cisza.
„Czyli wybierasz jego?”
„Nie. Wybieram siebie.”
Pierwszy raz to powiedziałam na głos i aż sama się zdziwiłam.
Poszłam do notariusza, wszystko spisałam jasno. Mieszkanie ma być dla dzieci po równo. Koniec tematu. Pokazałam im, żeby nie było domysłów. Syn mruknął tylko: „Dobra”. Córka się obraziła na kilka dni, ale potem zadzwoniła, czy przyjdę do wnuczki na występ w przedszkolu. Czyli jakoś pomału wracamy.
A z tym moim znajomym? Nadal się spotykamy. Rzadziej niż kiedyś, bo po tej całej awanturze oboje jakoś ostrożniej chodzimy wokół tematu. Ale dalej lubię, jak dzwoni i pyta, czy zjadłam obiad, albo jak przywozi mi z rynku truskawki i udaje, że kupił za grosze, choć wiadomo, że nie.
Nie wiem, czy z tego będzie coś „poważnego”, jakkolwiek to brzmi w naszym wieku. Wiem tylko, że nie chcę już żyć tak, jakby moje życie się skończyło razem ze śmiercią męża.
I serio mnie ciekawi: gdybyście byli na miejscu moich dzieci albo na moim, to co byście zrobili?