Nie umiem wybaczyć matce, choć wszyscy mówią, że też już wystarczająco cierpi
– Nie zostawiaj go samego nawet na minutę, mamo, słyszysz? Nawet na chwilę.
Powiedziałam to tak ostro, że aż sama się zdziwiłam. Stałam w przedpokoju, z torebką na ramieniu, spóźniona do pracy, a mój dwuletni Jaś siedział na dywanie i walił łyżką w plastikowe pudełko po klockach. Mama obrażona poprawiła fartuch i rzuciła tylko:
– Wychowałam dwoje dzieci, więc może mnie nie pouczaj.
To było ostatnie zdanie, jakie od niej wtedy usłyszałam.
Godzinę później zadzwonił sąsiad z dołu, bo mama nie była w stanie skleić słów. Jaś wypadł z balkonu. Trzecie piętro. Podobno tylko na moment wyszła do kuchni, bo kipiało mleko. Podobno krzesło stało za blisko barierki. Podobno dziecko było szybkie. Podobno.
Tych „podobno” potem słuchałam miesiącami.
W szpitalu jeszcze łudziłam się jak idiotka, chociaż lekarz nawet nie patrzył mi w oczy. Mój mąż, Paweł, przyjechał prosto z budowy, cały w pyle, i jak usłyszał, że Jasia nie uratowali, to uderzył pięścią w ścianę tak mocno, że rozciął sobie kostki. A potem odwrócił się do mojej matki i powiedział:
– Zabiłaś mi syna.
Mama osunęła się na krzesło i zaczęła powtarzać, że to był moment, jedna chwila, że nie chciała, że przecież go kochała. Ja wtedy nie powiedziałam nic. I to milczenie wraca do mnie do dziś, bo może już wtedy powinnam była wybrać stronę. A ja stałam pośrodku jak sparaliżowana.
Potem była policja, prokurator, przesłuchania. W bloku wszyscy już wszystko wiedzieli. Sąsiadki ściszały głos na klatce, ale i tak słyszałam: „jak można dziecka nie dopilnować”, „teraz rodzinę rozniesie”. I roznosiło.
Paweł chciał procesu. Mówił, że jak odpuścimy, to tak jakby Jaś spadł i po prostu zniknął. Ja nie chciałam. To była moja matka. Wdowa, emerytka po ZUS-ie, z chorym kręgosłupem, co całe życie wszystkim pomagała. Ale jednocześnie nie umiałam na nią spojrzeć bez odruchu cofnięcia się. Czułam wstyd, wściekłość i coś jeszcze gorszego – że sama go tam zostawiłam.
Mimo to zgodziliśmy się, że sprawa trafi do sądu. Mama dostała zarzut narażenia dziecka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia. Samo brzmienie tego było jak nóż. Na pierwszej rozprawie siedziała drobna, przygarbiona, w tej samej granatowej bluzce, którą miała na stypie po Jasiu. Patrzyła w podłogę. Ja patrzyłam w nią.
A potem zaszłam w ciążę.
Nie planowaliśmy tego. To było bardziej jakieś rozpaczliwe łatanie dziury niż nadzieja, ale wtedy wmówiłam sobie, że może jeszcze jakoś się pozbieramy. Córka, Zosia, urodziła się rok później. Bałam się wszystkiego. Bałam się schodów, gorącej herbaty, placu zabaw, obcych ludzi, własnego zmęczenia. Spałam po dwie godziny. Chodziłam z nią do przychodni z katarem, choć wszyscy mówili, że przesadzam. Przesadzałam. Wiem.
Mama próbowała wrócić do naszego życia. Najpierw przynosiła zupę, potem ubranka po kuzynce, potem dzwoniła i pytała, czy może chociaż godzinę posiedzieć z małą, żebym poszła do fryzjera albo do lekarza. Zawsze odmawiałam.
Aż któregoś dnia pękłam.
Miałam zapalenie zatok, gorączkę, Paweł był w delegacji pod Poznaniem, a Zosia miała trzy lata i właśnie kończyła antybiotyk. Mama stanęła w drzwiach i powiedziała tylko:
– Idź się połóż. Jestem tu.
Powinnam była powiedzieć nie.
Położyłam się na dwie godziny. Może trzy. Obudziła mnie cisza. Taka nienormalna. W mieszkaniu pachniało rosołem. Mama siedziała przy stole blada jak ściana, a obok stał otwarty blister tabletek. Moich tabletek nasennych, które trzymałam wysoko w kuchennej szafce, bo po śmierci Jasia lekarz rodzinny przepisał mi je na krótko.
Zosia połknęła kilka. Mama wyszła tylko do piwnicy po słoik i zostawiła ją z bajką.
Tylko na chwilę.
Tego zdania już nie zniosę do końca życia.
W szpitalu walczyli o nią do rana. Paweł nie krzyczał. To było gorsze. Stał pod ścianą i patrzył na mnie tak, jakby nagle zobaczył obcą kobietę. Kiedy lekarz powiedział, że doszło do niewydolności oddechowej i nie udało się, Paweł wyszedł bez słowa. Nawet mnie nie dotknął.
Drugi proces był już nie do zniesienia. Media lokalne coś podchwyciły, ktoś wrzucił temat na grupę miejską, ludzie komentowali, że tej kobiecie nie wolno było dawać kolejnego dziecka, że my też jesteśmy winni. I wiecie co? Najgorsze, że trochę mieli rację.
Bo ja wiedziałam. Wiedziałam, że nie ufam matce. Wiedziałam, że po pierwszej tragedii nie powinna zostać z Zosią sama ani na minutę. A jednak to zrobiłam, bo byłam chora, zmęczona, bo chciałam choć przez chwilę nie trząść się ze strachu. Zapłaciła za to moja córka.
Mama dostała wyrok w zawieszeniu. Sędzia mówił o nieumyślności, o wieku, o tym, że poniosła już największą karę. Paweł po rozprawie prychnął tylko:
– Największą? To ciekawe, bo ja wracam do pustego mieszkania, nie ona.
Miesiąc później złożył pozew o rozwód. Niby bez orzekania o winie, ale w domu już dawno było wszystko powiedziane.
– Gdyby nie twoja matka…
– Gdybyś był wtedy ze mną…
– Gdybyś umiała postawić granicę.
– Gdybyś mnie nie zostawił samej z tym wszystkim!
I tak w kółko. Raty za mieszkanie dalej przychodziły, trzeba było chodzić do pracy, odbierać pisma z sądu, udawać przed ludźmi, że „jakoś się trzymam”. A w środku byłam jednym wielkim wrzaskiem.
Z matką nie rozmawiam od dwóch lat. Mieszka sama w starym bloku po drugiej stronie miasta. Wiem od ciotki, że schudła, że leczy się w poradni zdrowia psychicznego, że prawie nie wychodzi. Czasem pisze mi SMS-y: „przepraszam”, „kocham cię”, „nie cofnę czasu”. Nigdy nie odpisuję.
I nie wiem, co to o mnie mówi. Że jestem nieludzka? Że po prostu już nie mam z czego wybaczyć?
Czy da się wybaczyć matce coś takiego. I czy Paweł miał prawo odejść, skoro ja też zawiodłam własne dzieci?