Zostałam sama z brzuchem, farbą na ścianach i pretensją, której już nie umiałam schować
„Ty serio teraz jedziesz na myjnię?”
To było pierwsze zdanie, jakie do niego rzuciłam tamtego dnia. Stałam w drzwiach pokoju, który miał być pokojem naszej córki, a wyglądał jak składzik po remoncie. Puszki po farbie, nierozkręcone łóżeczko, kartony z ubrankami po mojej kuzynce i ten nieszczęsny przewijak dalej oparty o ścianę od trzech tygodni.
Marek nawet nie spojrzał na mnie porządnie. Tylko szukał kluczyków.
„Auto jest całe w pyle. Jutro jadę do pracy, no to co mam zrobić?”
A ja miałam brzuch pod samą brodę, puchnące nogi, wyniki z przychodni do odebrania i od dwóch dni skurcze przepowiadające. I w głowie jedną myśl: on naprawdę nie rozumie, że ta dziewczynka może być z nami lada moment.
Powiedziałam mu wtedy coś okropnego. Że do zrobienia dziecka był pierwszy, ale do przygotowania życia już nie. Widziałam, jak mu twardnieje twarz. Trzasnął szafką w przedpokoju i rzucił tylko:
„Cokolwiek zrobię, i tak jest źle.”
No i wyszedł.
Najgorsze jest to, że to nie był jeden dzień ani jedna kłótnia. To się zbierało miesiącami. Mieszkamy w dwupokojowym mieszkaniu po jego dziadkach, w wielkiej płycie, i od początku wiedzieliśmy, że przed narodzinami dziecka trzeba ogarnąć choćby ten mały pokój. Nic wielkiego. Odmalować, skręcić meble, zrobić miejsce. Tylko że u nas wszystko było „zaraz”.
Marek pracował na etacie w hurtowni i ciągle powtarzał, że jest zmęczony, że nadgodziny, że trzeba zarobić, bo rata kredytu, bo drożyzna, bo zaraz wydatki na dziecko. I ja to nawet rozumiałam. Naprawdę. Sama siedziałam już na L4, potem zasiłek, mniej pieniędzy, człowiek liczył każdą stówkę. Ale z czasem zaczęłam widzieć, że on nie tylko uciekał w pracę. On uciekał w ogóle od tematu.
Jak pytałam o łóżeczko, mówił „w weekend”. Jak o komodę, to „spokojnie, jeszcze jest czas”. Jak prosiłam, żeby pojechał ze mną wybrać fotelik, wzdychał tak, jakbym go ciągnęła na mękę.
A ja też nie byłam święta. Zamiast powiedzieć normalnie, że się boję i że już nie daję rady, to się nakręcałam po cichu. Sprzątałam po trochu sama, przesuwałam rzeczy, myłam szafki, schylałam się, choć nie powinnam. Potem miałam pretensje, że on sam się nie domyślił. Głupie? Może głupie. Ale jak jesteś w ciąży i czujesz, że cały świat zaraz ci się wywróci, to naprawdę nie myślisz logicznie.
Prawdziwy wybuch był tydzień później. Moja mama, czyli przyszła babcia, wpadła z rosołem i zobaczyła ten bałagan.
„On tak na serio?” zapytała cicho, ale takim tonem, że aż mnie ścisnęło.
Marek siedział akurat w kuchni z telefonem. Nawet nie udawał, że czegoś szuka czy robi.
Mama zdjęła kurtkę i bez słowa zaczęła otwierać kartony.
„Pani Halino, nie trzeba” powiedział, ale tak bez przekonania.
„Trzeba, bo dziecko nie będzie czekać, aż pan dojrzeje.”
Myślałam, że się zapadnę pod ziemię. Bo z jednej strony było mi wstyd za niego, a z drugiej za siebie, że dopuściłam do tego momentu. Że obca w sumie osoba, bo teściową dla niego była dopiero od dwóch lat, musi wejść i ratować sytuację.
I wtedy Marek wybuchł.
„To może najlepiej wszystko zróbcie same, skoro jestem taki beznadziejny!”
„Marek, przestań…”
„Nie, właśnie nie przestanę. Od miesięcy słyszę, że źle oddycham, źle siedzę, źle pracuję. Mam robić więcej, zarabiać więcej, jeszcze remontować po nocach i oczywiście się cieszyć. A ja się boję, rozumiesz?”
To „boję” zatrzymało wszystkich.
Pierwszy raz to powiedział.
Mama zamilkła, tylko poprawiła ściereczkę na blacie. Ja usiadłam, bo nagle zrobiło mi się słabo. Marek patrzył w podłogę i mówił już ciszej.
Że jego ojciec całe życie był nieobecny. Że wracał do domu tylko po to, żeby narzekać. Że on nie wie, jak być ojcem, a jak patrzy na ten pokój, na wydatki, na odpowiedzialność, to go ściska w gardle. Że jak bierze w sklepie do ręki te małe body, to zamiast radości czuje panikę, czy da radę utrzymać rodzinę, czy nie skończymy z długami, czy nie będzie takim samym chłodnym facetem jak jego stary.
I że dlatego odkładał wszystko. Bo dopóki łóżeczko było w kartonie, to jakby ta zmiana nie była do końca prawdziwa.
Siedziałam i ryczałam, bo byłam wściekła, ale też pierwszy raz od miesięcy rozumiałam, co się z nim dzieje. Tylko że to nie zmieniało faktu, że mnie zostawił samej z tym wszystkim. Z moim strachem, z ciałem, które już nie dawało rady, z listą rzeczy do ogarnięcia i z poczuciem, że jak ja nie dopilnuję, to nikt tego nie zrobi.
Tego dnia mama została do wieczora. Skręcili z Markiem łóżeczko. Ja poskładałam ubranka, siedząc na krześle, bo już ledwo chodziłam. Potem, kiedy mama wyszła, długo siedzieliśmy w ciszy.
„Ja nie potrzebuję bohatera” powiedziałam w końcu. „Ja potrzebuję partnera. Jak się boisz, to mi powiedz. Nie znikaj.”
Marek skinął głową i chyba pierwszy raz naprawdę mnie słuchał.
Nie było nagłego happy endu. Po porodzie też bywało ciężko. Niewyspanie, nerwy, płacz małej o trzeciej nad ranem, moje hormony i jego milczenie, które wracało, kiedy było mu trudno. Ale już nie zamiataliśmy tego pod dywan. Umówiliśmy się na proste rzeczy: co jest na jego głowie, co na mojej, kiedy prosimy o pomoc, a kiedy nie udajemy przed rodziną, że wszystko jest idealnie.
Do dziś mam w sobie żal, że musiała wkroczyć moja mama, żeby on się obudził. On z kolei mówi, że poczuł się upokorzony i osądzony, zanim ktokolwiek zapytał, co się z nim dzieje. I może coś w tym jest.
Tylko powiedzcie mi szczerze: ile można tłumaczyć lękiem, a od którego momentu to już po prostu zostawienie drugiej osoby samej? I czy ja naprawdę wymagałam za dużo, czy po prostu za długo udawałam, że dam radę sama?