Przez tydzień jadł tylko parówki i ryż. Dopiero wtedy pękliśmy oboje
– Po co kupiłaś truskawki w marcu? – Michał stał w kuchni z paragonem w ręku, jakby to był akt oskarżenia. – Wiesz, ile one kosztowały?
Miałam wtedy ochotę wyrwać mu ten świstek i spuścić w toalecie. Zamiast tego mieszałam zupę i patrzyłam, jak nasza córka Zosia siedzi cicho przy stole, niby rysuje, ale tak naprawdę słucha każdego słowa.
– Dla dziecka kupiłam. Raz. Nie skrzynkę. Pół kilo.
– Pół kilo za szesnaście złotych. Szesnaście. Za owoce.
Powiedział to takim tonem, jakbyśmy właśnie przez te truskawki mieli stracić mieszkanie.
A trochę tak już żyliśmy. Od miesięcy.
Michał pracuje w korpo, niby stabilnie, umowa o pracę, karta multisport, prywatna opieka, te wszystkie śmieszne benefity. Tylko od stycznia zaczęły się zwolnienia. Najpierw inny dział, potem jego piętro. Ludzie przychodzili rano z laptopem, a po południu już ich nie było na firmowym komunikatorze. Michał wracał coraz bardziej spięty. Najpierw przestał zamawiać kawę na mieście. Potem odwołał wakacje nad morzem, chociaż zaliczka przepadła. Potem zaczął sprawdzać aplikację banku po kilka razy dziennie.
Ja też nie jestem święta. Mam mały salon kosmetyczny, bardziej stanowisko w wynajętym lokalu niż salon, i od jesieni ledwo to zipie. ZUS, czynsz, prąd, kosmetyki – wszystko poszło w górę. Klientki przekładają wizyty, bo same liczą każdy grosz. Mamy kredyt hipoteczny na mieszkanie, ratę za auto i przedszkole już zamienione na szkołę, ale przecież dziecko też kosztuje. Angielski, buty, składki, urodziny koleżanek. Życie.
Rozumiałam jego strach. Naprawdę. Tylko że z czasem to przestało być rozsądne oszczędzanie, a zrobiła się z tego jakaś domowa tresura.
Michał potrafił otworzyć lodówkę i powiedzieć:
– Kto zjadł tyle żółtego sera w trzy dni?
Albo stanąć w łazience i krzyknąć:
– Czemu ręczniki są tak często prane? Przecież nie jesteśmy hotelem.
Raz zgasił Zosi światło w pokoju, kiedy odrabiała lekcje.
– Tato, ja jeszcze piszę.
– To usiądź bliżej lampki biurkowej, po co główne?
Widziałam jej minę. Taką małą, wycofaną. I coś we mnie wtedy siadło.
Próbowałam spokojnie. Mówiłam, że nie można robić z domu koszar. Że dziecko nie może się bać wziąć jogurtu z lodówki. On wtedy zaciskał szczękę i mówił:
– Ty nic nie rozumiesz. Jak mnie zwolnią, to wszyscy pójdziemy z torbami.
Najgorsze, że trochę grał na moim poczuciu winy. Bo kiedyś to ja wzięłam na raty nowy fotel kosmetyczny, „bo inwestycja”, i teraz jeszcze go spłacam. On tego nie zapominał.
Pewnego dnia powiedział przy kolacji, że od teraz koniec z „fanaberiami”. Żadnych serków, jogurtów smakowych, dobrych wędlin, gotowych pierogów „bo wychodzi drogo”. Zaczął wyliczać, ile kosztuje porcja masła, ile płyn do naczyń, ile papier toaletowy. Zosia patrzyła na talerz i dłubała widelcem w ziemniakach.
I wtedy zrobiłam coś, z czego nie jestem dumna.
Powiedziałam spokojnie:
– Dobrze. Skoro chcesz tak żyć, to ty będziesz żył dokładnie tak.
Nie zrozumiał.
Następnego dnia ugotowałam dla niego gar ryżu i kupiłam najtańsze parówki z dyskontu. Do tego margaryna i pasztet z promocji. Na śniadanie chleb z pasztetem. Do pracy pudełko z ryżem i parówką. Na kolację to samo.
Dla mnie i Zosi zrobiłam normalny obiad. Zupę pomidorową, potem makaron z kurczakiem. Bez luksusów, po prostu normalnie.
Michał najpierw się zaśmiał.
– Co to ma być?
– Budżet. Wersja hard. Przecież o to ci chodziło.
– Zwariowałaś?
– Nie. Dopasowałam się.
Trwało to cztery dni. Cztery. Nie tydzień, jak potem opowiadał matce, żeby bardziej dramatycznie brzmiało.
Czwartego dnia wrócił z pracy blady, rzucił torbę w przedpokoju i otworzył lodówkę.
– Serio znowu to samo?
– Przecież tanio.
– Marta, przestań.
– A ty przestań robić z nas wojsko. Zosia pyta mnie szeptem, czy może wziąć banana. Wiesz, jak to brzmi?
On trzasnął drzwiami od lodówki tak mocno, że magnes z wakacji w Ustce spadł na podłogę.
– Boję się, rozumiesz?! – wrzasnął. – Boję się, że mnie wywalą! Codziennie siedzę jak debil na spotkaniach i czekam, aż ktoś mi zablokuje konto. A ty kupujesz truskawki, zamawiasz córce buty za dwie stówy i udajesz, że wszystko jest okej!
Zamilkłam. Bo pierwszy raz nie mówił o pieniądzach. Mówił o strachu.
I wtedy on usiadł przy stole i się po prostu rozpłakał. Tak zwyczajnie, brzydko, z rękami na twarzy. Nigdy wcześniej tego nie widziałam. Michał zawsze był tym ogarniętym, tym od excela, od „spokojnie, damy radę”. A teraz siedział przede mną jak chłopiec, który już nie ma siły udawać.
Usiadłam naprzeciwko. Też miałam gulę w gardle.
– Ja też się boję – powiedziałam cicho. – Tylko ja nie kontroluję wszystkiego, bo wiem, że się nie da. A ty próbujesz kontrolować nas.
Długo siedzieliśmy w ciszy. Zosia spała za ścianą. Lodówka buczała, ktoś u sąsiadów wiercił, normalny blokowy wieczór, a u nas świat się trochę zawalił i trochę poskładał.
Potem wyciągnęłam zeszyt. Taki zwykły, w kratkę. Spisaliśmy wszystko. Rata kredytu, czynsz, prąd, szkoła, moje składki, jego dojazdy, jedzenie. Ustaliliśmy limit na tydzień. Osobno konto na opłaty. Osobno na życie. I małą kwotę „bez tłumaczenia się” dla każdego, żeby nie było przesłuchiwania o każdą kawę czy szampon.
Nie naprawiliśmy się od razu. Nadal bywają spięcia. On dalej czasem panikuje przy większych zakupach, a ja mam odruch chowania paragonów, żeby nie słuchać. Ale przynajmniej już wiemy, że problemem nie były truskawki ani parówki, tylko to, że oboje woleliśmy grać twardych niż powiedzieć: „boję się”.
Czasem myślę, że w małżeństwie najłatwiej zranić właśnie tym, co wydaje się rozsądne.
Czy to, co zrobiłam, było okrutne, czy tylko inaczej już do niego nie docierało?