„Czy mi się wydaje, czy znów jesteśmy razem?”
— Czy to tylko mi się wydaje, czy znów jesteśmy razem? — wyrwało mi się, zanim zdążyłam uciec.
— Czy mi się wydaje, czy znów jesteśmy razem? — powtórzyłam, a gardło miałam ściśnięte jak przed płaczem.
Ola przytuliła się do Krzysia, jakby od tego zależało jej życie. Czułam ciepło jego kurtki pod palcami i jednocześnie zimno w brzuchu. Bo wiedziałam, co będzie dalej. Telefony. Szepty. „Znowu wróciła”.
— Nie rób tak — Krzyś szepnął. — Nie pytaj, jakby to był żart.
— A jak mam pytać? — odburknęłam. — Jak w urzędzie? „Wnoszę o przywrócenie związku”?
W mieszkaniu Basi pachniało proszkiem do prania i tanimi perfumami. Basia kręciła się przed lustrem, przymierzając spodnie.
— No jak? W porządku, prawda? — rzuciła, ale patrzyła na mnie, nie na siebie.
Nie odpowiedziałam. W mojej głowie już stała mama z rękami na biodrach.
— Olu, dość już tego cierpienia — Basia odwróciła się w końcu. — Wyjedź gdzieś, zmień otoczenie, odetchnij, zakochaj się w końcu.
— Ja jestem zakochana — powiedziałam cicho.
— W kim? — prychnęła. — W problemie?
Krzyś poprawił kołnierz, jakby nagle zrobiło się duszno.
— Basia, daj spokój — mruknął.
— Spokój? — Basia podeszła bliżej. — Olu, ty wiesz, co ludzie gadają? W pracy już pytają, czemu znowu masz oczy jak po pogrzebie. Sąsiadka mojej mamy widziała cię z nim pod klatką. Już jest „temat”.
Słowo „temat” bolało bardziej niż „dramat”. Bo dramat jest mój. A temat jest wszystkich.
Telefon zawibrował. Mama.
— Nie odbieraj — Basia syknęła.
Odebrałam.
— Ola? — głos mamy był spokojny, aż za spokojny. — To prawda?
— Mamo…
— Odpowiedz. Widziała cię ciotka Ewa. Podobno znowu z Krzysiem.
Krzysiu. W ustach mamy brzmiało to jak oskarżenie.
— Tak — powiedziałam. — Jesteśmy… próbujemy.
— Próbujecie? — mama zaśmiała się krótko. — Ty masz próbować zdać życie, a nie poprawiać faceta, który raz cię zostawił.
— Mamo, nie zostawił mnie „raz”. To było… trudne.
— Trudne to było, jak twój tata zachorował, a ty wtedy obiecywałaś, że będziesz blisko. Że pomożesz. Że nie będziesz robić wstydu.
Wstydu.
Basia przewróciła oczami. Krzyś zacisnął szczękę.
— Ja pomagam — powiedziałam szybciej, za głośno. — Byłam wczoraj u taty, zrobiłam zakupy, zawiozłam leki.
— A dzisiaj co? Będziesz się przytulać i udawać, że wszystko jest jak kiedyś? — mama podniosła głos. — Ola, ludzie patrzą. Tata słyszy. On tego nie uniesie.
— Nie mów za tatę.
— To przyjedź. Teraz. — cisza. — I nie przyprowadzaj go.
Rozłączyła się.
W pokoju zrobiło się głośno od milczenia.
— I co? — Basia uniosła brwi. — Widzisz? To nie jest o tobie. To jest o nich. O tym, żebyś była „porządna”.
— A ty myślisz, że ja nie czuję, jak mi to siedzi na karku? — wyrwało mi się. — Że ja nie słyszę tych „porządna”, „stabilna”, „a kiedy ślub”? Jakby moje życie było ich projektem.
Krzyś podszedł bliżej.
— Ola, ja nie chcę, żebyś przez mnie traciła rodzinę.
— Już ją tracę, jak tylko oddycham inaczej niż mama chce — powiedziałam.
— To wybierz siebie — Basia weszła mi w słowo. — Wyjedź. Chociaż na miesiąc. Do Gdańska, do Wrocławia, gdziekolwiek. Zostaw to. Jego. Ich. Wszystko.
Krzysiu spojrzał na mnie tak, jakby się bał, że zaraz go wypuszczę z rąk.
— Ja mogę poczekać — powiedział. — Ale nie chcę być twoją karą.
— A ja nie chcę, żebyś był moją ucieczką — odpowiedziałam.
Wzięłam kurtkę z krzesła. Ręce mi drżały.
— Jadę do domu — powiedziałam.
— Sama? — Basia złapała mnie za nadgarstek. — Olu, nie jedź tam sama. Oni cię rozszarpią słowami.
— A jak mam dorosnąć, jeśli ciągle ktoś trzyma mnie za rękę? — wyrwałam się delikatnie.
Krzyś zrobił krok.
— Odprowadzę cię.
— Nie. — pokręciłam głową. — Nie dziś. Dziś muszę przejść przez to sama.
Na klatce schodowej minęłam sąsiadkę. Spojrzała na mnie, jakby już wiedziała. Jakby to nie była moja miłość, tylko jej plotka.
W autobusie pisałam do taty: „Przyjadę. Chcę pogadać. Sama.”
Odpisał prawie od razu: „Dobrze, córeczko. Zrób herbatę, jak będziesz.”
I nagle poczułam, że najbardziej boję się nie krzyku mamy, tylko tego spokojnego „córeczko”. Bo ono zawsze znaczyło: „Bądź taka, jak chcemy”.
Czy w dorosłym życiu da się kochać i jednocześnie nie zawieść wszystkich? A może całe to „powinnam” to tylko inna forma strachu, który przekazujemy sobie w rodzinach jak dziedzictwo?