Sylwestrowe dilema: cisza, o której marzyłam, i impreza, której pragnął Marcin

– Jeszcze dwie osoby, stary, serio, zmieszczą się! – Marcin niemal krzyczał do telefonu, a ja stałam przy zlewie z mokrymi rękami i czułam, jak zaciska mi się gardło.
– Marcin… – powiedziałam cicho.
On zasłonił mikrofon dłonią, spojrzał na mnie jak na przeszkodę. – Co?
– Mieliśmy być tylko my. Tak się umawialiśmy.
– Przecież to Sylwester, Anka. Sylwester! Nie pogrzeb – syknął i wrócił do rozmowy.

W mieszkaniu pachniało kapustą z grzybami, bo mama wcisnęła mi garnek „żebyś nie musiała stać przy garach”, ale ja i tak stałam. Bo od rana sprzątałam, prasowałam obrus, układałam talerzyki po babci. Chciałam zwyczajnego wieczoru: koc, film, szampan o północy, może jeden taniec w kuchni. Od miesięcy pracowałam ponad siły w księgowości, licząc cudze pieniądze, a w głowie liczyłam dni do odpoczynku.

Marcin od tygodni żył jednym: „zrobimy imprezę, jakiej nie było”. Odkąd awansował w salonie samochodowym, zaczął mówić o sobie głośniej. O nas – ciszej.

– Anka, nie rób scen. – rzucił, odkładając telefon. – Zobaczysz, będzie fajnie.
– Dla kogo? – zapytałam. – Dla ciebie i twoich kumpli? Bo ja… ja mam dość.
– Ty zawsze masz dość. Zawsze coś ci nie pasuje. – wziął z blatu listek z zakupami i przewrócił oczami. – Jeszcze jedź po lód. I chipsy.

To „jeszcze” uderzyło mnie mocniej niż krzyk. Jeszcze posprzątaj. Jeszcze się uśmiechnij. Jeszcze udawaj, że nie boli.

Gdy wyszłam do Żabki, mróz szczypał w policzki, a klatka schodowa pachniała fajkami sąsiada. Na dole spotkałam panią Krystynę z trzeciego piętra.
– O, pani Aniu, sylwester u was? Słyszałam, Marcin zaprasza pół osiedla! – zaśmiała się.
Uśmiechnęłam się mechanicznie. – Chyba tak.

W sklepie telefon zawibrował. Wiadomość od mojej siostry, Kasi: „I jak tam? Pamiętaj, że nie musisz wszystkiego znosić”. Patrzyłam na te słowa długo, jakby były obce. Bo ja od lat byłam tą, która „znosi”. W domu rodzinnym znosiłam tatę, który po pracy siadał i milczał, a mama robiła, żeby było „spokojnie”. W związku robiłam to samo.

Wróciłam. Drzwi otworzył mi Marcin, już rozgrzany energią.
– O, jesteś! Słuchaj, Tomek z Magdą też wpadną, a Bartek przyprowadzi nową.
– Ilu ludzi będzie? – zapytałam.
– No nie wiem, z piętnaście? Dwadzieścia? – wzruszył ramionami, jakby mówił o liczbie mandarynek.
– Nie mamy tylu krzeseł.
– To się usiądzie na podłodze! Będzie klimat. – zaśmiał się i pocałował mnie w czoło, jak dziecko.

Coś we mnie pękło.
– Marcin, ja nie chcę tej imprezy. – mój głos drżał. – Ja nie chcę obcych ludzi w moim domu. Ja chciałam… nas.
– „Mój dom”? – jego twarz stężała. – A kto płaci większą część raty? Kto kupił telewizor?
Zrobiło mi się słabo.
– Czy ty właśnie przeliczasz nas na faktury?
– Nie odwracaj kota ogonem. Ty po prostu nie umiesz się bawić. – rzucił. – Z tobą wszystko jest takie… małe.

Małe. Tak nazwał moje marzenie o ciszy. O oddechu. O miłości bez publiczności.

Wtedy zadzwoniła mama. Odebrałam, żeby nie wybuchnąć.
– Aniu, jak tam przygotowania? – śpiewnie. – Pamiętaj, żeby nie prowokować, mężczyzna musi mieć swoje.
Zacisnęłam palce na telefonie. – Mamo… a ja? Ja mam mieć tylko obowiązki?
W słuchawce cisza, potem westchnienie. – Nie przesadzaj. Ważne, żeby rodzina była.

Odłożyłam telefon i spojrzałam na Marcina. On już pisał do kogoś wiadomość, nie patrząc na mnie.

– Wiesz co? – powiedziałam powoli. – Ja dziś nie będę tłem.
– Co ty znowu…
– Pojadę do Kasi. Albo zostanę sama. Ale nie będę udawać szczęścia w tłumie, którego nie chciałam.

Na moment zobaczyłam w jego oczach strach, jakby nagle zrozumiał, że impreza może się odbyć, ale bez „nas” w środku.
– Anka, nie rób mi wstydu. Co ludzie powiedzą?
Uśmiechnęłam się gorzko. – A co ja o sobie powiem, jeśli zostanę?

Spakowałam kilka rzeczy do torby. W przedpokoju ręce mi się trzęsły, ale pierwszy raz od dawna czułam też coś jeszcze: przestrzeń. Jakby ktoś otworzył okno w dusznym pokoju.

Gdy zamykałam drzwi, usłyszałam za sobą cicho:
– Przesadzasz…
A ja już wiedziałam, że to słowo przez lata trzymało mnie w miejscu.

Czy miłość naprawdę wymaga, żebym co roku rezygnowała z siebie, żeby ktoś inny mógł błyszczeć? A gdzie w tym wszystkim jest moja własna noc – ta, w której też mam prawo oddychać?