„Masz dwa dni, żeby się wynieść” – powiedziała siostra, a ja wtedy zobaczyłam w szufladzie mamy coś, czego nie powinnam
„Masz dwa dni, żeby się wynieść, bo ja tu nie będę robiła za darmowy DPS” – usłyszałam od Agaty, mojej starszej siostry, w naszej kuchni na Pradze. Stała w płaszczu, z torbą z Pepco na blacie, jakby wpadła tylko po drodze, a nie żeby zrobić awanturę.
Ja w ręku trzymałam kubek z herbatą, a mama w pokoju obok kaszlała tak, że aż mi się robiło słabo w żołądku. I w tym wszystkim Agata mówi takim tonem, jakby chodziło o to, że zostawiłam brudne naczynia.
– Agata, opanuj się, mama wszystko słyszy – syknęłam.
– Niech słyszy. Może wreszcie zrozumie, że nie będę sponsorować twojego życia. – spojrzała na mnie od góry do dołu. – Siedziałaś tu trzy lata, „opieka”, a tak naprawdę…
– A ty gdzie byłaś przez te trzy lata? W Gdańsku, w swoim korpo i w nowym mieszkanku na kredyt? – palnęło mi się.
Agata aż się uśmiechnęła, ale tak brzydko.
– Ja przynajmniej pracuję. A nie kręcę się po domu. I jeszcze masz czelność… – machnęła ręką w stronę pokoju mamy. – Mama ma emeryturę, opiekunkę z MOPS-u dwa razy w tygodniu, a ty co? „Nie mogę iść do pracy, bo mama”.
MOPS. Dwa razy w tygodniu. Godzinę. Pani Ela przychodzi, zmieni pościel, zrobi zakupy. A reszta? Nocne wstawanie, leki, lekarze, kolejki w przychodni na Targówku, recepty, latanie do apteki, rehabilitacja, użeranie się z ZUS-em o zasiłek opiekuńczy, bo „brak dokumentu”. To nie jest film, tylko zwykłe życie.
– Dobra, po co ty w ogóle przyjechałaś? – zapytałam, bo już mi się trzęsły ręce.
Agata wyciągnęła telefon i pokazała mi ekran.
– Dzwonił do mnie notariusz. Mama była u niego w zeszłym tygodniu. Sama. Z kimś. – mówiła wolno. – I wiesz co? Jest nowy testament.
Mnie jakby ktoś wbił gwoździa w głowę.
– Jak… mama ledwo chodzi. Jak ona miała…
– No właśnie. – Agata zrobiła krok bliżej. – A ty byłaś wtedy gdzie?
– W Biedronce, bo trzeba było kupić jedzenie! – prawie krzyknęłam.
Agata prychnęła.
– Jasne. A potem „nie wiedziałaś”. Słuchaj, ja nie mam siły. Albo ustalamy wszystko normalnie, albo idę do sądu. I ty się wyprowadzasz, bo ja nie będę później słuchała, że „się zasiedziałaś”.
Wtedy mama zawołała z pokoju:
– Dziewczyny… przestańcie…
I w tym momencie poczułam coś takiego, że jak nie wyjdę, to wybuchnę. Poszłam do sypialni mamy, niby po chusteczki, a tak naprawdę… nie wiem. Chciałam znaleźć jakąś odpowiedź.
W szufladzie, tej dolnej, gdzie mama trzymała zawsze rachunki i koperty z „ważne”, była teczka. Nie grzebałam jej nigdy, serio. Ale teraz… no ręka sama.
I znalazłam.
Nie tylko papier od notariusza. Był też wydruk z banku i umowa pożyczki. Na nazwisko mamy. Kwota taka, że mi się zrobiło ciemno: 68 tysięcy. Podpis mamy. Data sprzed pół roku.
A ja od pół roku żyłam na jakichś resztkach, bo mama mówiła, że „nie ma”, że „leki drogie”, że „później”. Agata też narzekała, że jej ciężko, że kredyt, że dziecko, że inflacja. A tu pożyczka?
Wróciłam do kuchni z tą teczką w ręce.
– Co to jest? – rzuciłam na stół.
Agata spojrzała i zamarła.
– Skąd to masz?
– Z szuflady mamy. – powiedziałam szybko. – Mama wzięła pożyczkę? Na co?
Mama przyszła powoli, oparta o futrynę. Była blada, w kapciach, włosy w nieładzie.
– Nie wasza sprawa… – mruknęła.
– Mamo, 68 tysięcy to jest sprawa. – Agata już nie krzyczała, tylko mówiła takim zimnym głosem. – I testament. I notariusz. Kto z tobą był?
Mama spojrzała na mnie, a potem na Agatę.
– Byłam z Pawłem.
Paweł. Mój facet. Mieszkał z nami od roku, „na chwilę”, bo stracił robotę na budowie i „musi stanąć na nogi”.
– Z Pawłem?! – aż mi się wyrwało. – Po co on z tobą jechał?!
Mama zacisnęła usta.
– Bo ty zawsze jesteś zmęczona i „nie masz czasu”. A Paweł… Paweł mi pomógł. Zawiózł mnie, przypilnował.
Agata spojrzała na mnie tak, jakbym to ja tę pożyczkę wzięła.
– No pięknie. To teraz wszystko jasne. – powiedziała. – Ty tu sobie sprowadziłaś chłopa, on wozi mamę po notariuszach, a mama bierze kredyt. I pewnie jeszcze przepisała mieszkanie na ciebie, co?
– Nie przepisałam na nią – wtrąciła mama szybko. – Jeszcze.
„Jeszcze” uderzyło mnie bardziej niż wszystko.
– Mamo, co ty robisz? – zapytałam, a głos mi się łamał. – Jakie „jeszcze”?
Mama usiadła ciężko na krześle.
– Bo ja nie wiem, komu wierzyć. – powiedziała cicho. – Agata przyjeżdża raz na dwa miesiące i mówi, że ja tylko przeszkadzam. Ty jesteś, ale… – spojrzała na mnie. – Ty też swoje masz. I ja widzę, że ci ciężko.
Agata parsknęła.
– Ja mówię, że przeszkadza? Kiedy?
– Jak dzwoniłaś w grudniu, że „może bym poszła do prywatnego, bo na NFZ to ja umrę” i że „nie masz pieniędzy, bo rata”. – mama mówiła spokojnie, ale ja widziałam, że ją to boli.
Agata otworzyła usta, ale nic nie powiedziała.
Ja też miałam swoje. Bo ja z kolei pamiętałam, jak mama czasem do mnie mówiła: „Po co ci praca, siedź, mi pomożesz”, a potem: „Ty nic nie masz, jak ja umrę, to zobaczysz”.
– Dobra, ale pożyczka na co? – wróciłam do tego, bo to mi nie dawało spokoju.
Mama milczała.
Agata wzięła kartkę, przeczytała i nagle powiedziała:
– Tu jest wpisane, że poręczyciel… Paweł. – spojrzała na mnie ostro. – Twój Paweł jest poręczycielem mamy?
Mnie się nogi ugięły.
– To niemożliwe…
I wtedy drzwi się otworzyły, bo Paweł wrócił. Jak zawsze pewny siebie, z reklamówką z Żabki.
– O, jesteście wszystkie. – rzucił luźno. – Co, rodzinne spotkanie?
Agata wstała tak szybko, że krzesło zaskrzypiało.
– Ty ją namówiłeś na pożyczkę? – wycedziła.
Paweł spojrzał na papier, potem na mamę, potem na mnie.
– Spokojnie. – powiedział. – To było potrzebne.
– Potrzebne na co?! – krzyknęłam.
Paweł wzruszył ramionami.
– Na remont łazienki i na zaległości. I… – zawahał się na sekundę. – No dobra, miałem długi. Ale już spłacone. Teraz jest czysto.
„Miałem długi”. Tak po prostu. Jakby chodziło o mandat.
Mama odwróciła wzrok.
– Mamo… – powiedziałam cicho. – Ty mu dałaś pieniądze?
– Ja chciałam pomóc – wyszeptała mama. – On mówił, że jak wyjdzie na prostą, to będzie wam łatwiej. Że jak on zacznie pracować, to ty wrócisz do normalnej pracy, a ja… ja nie będę dla was ciężarem.
Agata aż usiadła z powrotem.
– Czyli wzięłaś kredyt, żeby spłacić długi chłopa swojej córki. – mówiła wolno. – I jeszcze poszłaś do notariusza.
Mama podniosła głowę.
– Bo Paweł mi powiedział, że jak umrę, to wy się pozabijacie o mieszkanie. I że lepiej to ułożyć. Żeby jedna miała, druga dostała pieniądze. Żeby było „uczciwie”.
Ja patrzyłam na Pawła i nagle mi się przypomniało, jak kilka razy pytał: „A mama ma jakieś długi?”, „A mieszkanie jest własnościowe?”, „A jak jest spadek, to ile trwa?”. Ja wtedy myślałam, że on tak… z ciekawości. Bo ja sama się na tym nie znam.
– Paweł… ty mi nic nie mówiłeś. – powiedziałam.
– Bo byś histeryzowała. – odpowiedział od razu. – A ja chciałem to załatwić, zanim Agata tu wpadnie i zacznie rządzić.
Agata prychnęła.
– Ja rządzę? Ja tylko chcę, żeby mama nie była naciągana. – spojrzała na mamę. – Mamo, ty wiesz, że za takie coś można podważać testament? Że mogą cię uznać za… no.
– Nie jestem głupia! – mama nagle podniosła głos. – Ja widzę, co się dzieje. Jedna ma swoje życie i święty spokój, druga siedzi u mnie i udaje, że to miłość, a tak naprawdę… też coś chce.
To mnie zabolało. Bo ja naprawdę siedzę tu głównie przez mamę. Ale też… no jasne, że myślałam, że to mieszkanie kiedyś będzie moje albo przynajmniej że nie wyląduję na pokoju u obcych.
Agata wstała i powiedziała:
– Dobra. Albo rozmawiamy bez Pawła, albo ja jadę i załatwiam wszystko przez prawnika. I mamo, serio, jak on jest poręczycielem, to ty jesteś wpakowana po uszy.
Paweł się oburzył:
– Ja tu robię dobrze, a ty od razu policja, sąd, dramat.
A ja stałam między nimi jak idiotka. Bo z jednej strony widziałam, że Agata nie jest święta – ona potrafi być zimna, wszystko liczy, zawsze „nie ma czasu”. Ale z drugiej… Paweł ewidentnie coś kręcił, tylko ja nie chciałam tego widzieć.
Wieczorem Agata wyszła, trzaskając drzwiami. Mama płakała po cichu w pokoju. Paweł próbował mnie przytulić, a ja się odsunęłam.
– Czemu mi nie powiedziałeś? – zapytałam.
– Bo byś spanikowała i byś mnie zostawiła. – odpowiedział. – A ja cię potrzebuję.
I w tej jednej chwili dotarło do mnie, że on nie powiedział „kocham”, tylko „potrzebuję”. Może się czepiam, ale… no.
Teraz siedzę w tym mieszkaniu, patrzę na mamę, która udaje, że śpi, i na te papiery, które schowałam z powrotem do teczki. Nie wiem, czy mam powiedzieć Agacie wszystko i razem iść do notariusza, czy najpierw pogadać z mamą na spokojnie i próbować to odkręcić bez wojny. I co zrobić z Pawłem – wyrzucić go na zbity pysk, czy dać mu szansę, bo jednak przez rok pomagał, gotował, nosił zakupy… tylko że teraz nie wiem, czy to była pomoc, czy inwestycja.
Nie jestem dumna z siebie, bo ja też myślałam o tym mieszkaniu. A mama… mama chciała chyba kupić sobie spokój. Agata chce być fair, ale też boi się, że zostanie z niczym. Każdy ma swoje.
Co wy byście zrobili na moim miejscu: powiedzielibyście Agacie od razu wszystko i ryzykowali totalną wojnę w rodzinie, czy najpierw próbowali dogadać się z mamą i Pawłem, żeby to naprawić po cichu?