„Mamo, nie przyjadę na święta…” – a ja już trzymałam w ręku listę zakupów

„Mamo, nie przyjadę na święta.”

Tak po prostu. Bez „przepraszam”, bez „może w styczniu”. Stałam przy blacie w kuchni, na Mokotowie, w moim małym M-2, i trzymałam w ręku kartkę z listą: uszka, barszcz, śledzie, mak… Zamarłam.

– Jak to nie przyjedziesz? – wyszło mi ostrzej, niż chciałam. – Przecież mówiłaś tydzień temu, że przyjedziecie wszyscy.

To była Kasia, moja najstarsza. Ma 34 lata, męża, dwójkę dzieci. Zawsze była „ogarnięta”.

– Mamo… no nie damy rady. – usłyszałam. – Jarek ma dyżur, a ja… ja nie chcę się znowu kłócić.

– Z kim kłócić? Ze mną? – poczułam, jak mi się robi gorąco w twarz. – Ja się z tobą nie kłócę.

– No właśnie, ty nie, ale potem przez tydzień robisz te swoje… focha przez SMS-y.

Ja? Foch? Przecież ja tylko czasem napiszę, że „szkoda, że wnuków nie widuję”. To już nie można?

– Dobra, to przyjedzie Tomek i Ania – powiedziałam szybko, bo nie chciałam się rozklejać do słuchawki.

Kasia milczała chwilę.

– Tomek też raczej nie. – powiedziała cicho.

Wtedy mnie normalnie ścisnęło w żołądku.

– Co znaczy „raczej nie”?! On obiecał. – zaczęłam chodzić po kuchni, jakbym czegoś szukała. – Dzwoniłam do niego wczoraj.

– Mamo, Tomek ma robotę w Holandii. Ty wiesz. On nie ma urlopu.

– A Ania?

– Ania… – i tu usłyszałam westchnięcie. – Ona mówi, że… że nie będzie udawać, że wszystko jest okej.

– Udawać? – aż mi się śmiać chciało, ale takie suche, nerwowe. – Co ona sobie wymyśliła?

Kasia już się nakręciła:

– Mamo, ty serio nie widzisz, jak to wygląda? Że dzwonisz tylko, jak coś chcesz. Albo jak chcesz wiedzieć, kto z kim, kto co kupił, kto ile zarabia.

– Przecież ja się interesuję! – warknęłam. – Mam siedzieć i patrzeć w ścianę?

– No właśnie, mamo. Ty siedzisz sama i potem masz do wszystkich pretensje.

I się rozłączyła. Tak po prostu. A ja stałam, z tą kartką, i nagle zrobiło się strasznie cicho. Nawet lodówka jakby głośniej buczała.

Nie minęło pięć minut, a zadzwonił domofon. Aż podskoczyłam. Myślałam, że może Kasia oddzwania, że przeprasza. Ale nie.

– Dzień dobry, pani Linda? Kurier, mam paczkę.

Paczka była od Ani. Mojej najmłodszej. 27 lat. W Warszawie mieszka niby niedaleko, gdzieś na Ursynowie z chłopakiem, ale u mnie to ona bywa… no, różnie.

Otworzyłam. W środku był słoik miodu, jakieś rękawiczki i koperta. A w kopercie kartka:

„Mamo, nie przyjadę. Proszę, nie dzwoń. Potrzebuję spokoju. I proszę, oddaj mi te pieniądze, jak będziesz mogła.”

Usiadłam na krześle. Jak mnie ktoś uderzył.

Jakie pieniądze?

Wtedy mi się przypomniało. Wiosną Ania prosiła mnie o pięć tysięcy, bo „kaucja, przeprowadzka, coś tam, praca się opóźnia”. Dałam. Z mojego konta w PKO, z oszczędności, co trzymałam na „czarną godzinę”. Powiedziała: „Oddam po wakacjach”. Nie oddała. Ale ja jej nie poganiałam, bo to dziecko.

Tylko że… ja też wzięłam od niej. Tego nie mówiłam nikomu. Nawet Kasi.

W lipcu zepsuła mi się pralka. I jeszcze dentysta, kanałowe, wiadomo, NFZ to sobie można… no. I ja wtedy, głupia, wzięłam z koperty, którą Ania zostawiła u mnie „na chwilę”. Ona miała jakąś gotówkę, bo jej chłopak coś sprzedał i nie chciała trzymać w mieszkaniu. Zostawiła u mnie, bo „u mamy bezpiecznie”.

Tam było siedem tysięcy.

Wzięłam dwa. Miałam oddać po miesiącu. Nie oddałam. Potem wzięłam jeszcze tysiąc, bo czynsz mi podskoczył i spóźniłam się z opłatą do wspólnoty. I tak to się rozmyło. W głowie sobie tłumaczyłam: „Oddam, jak Tomek przeleje, jak dostanę trzynastkę, jak coś…”

Tylko że Ania się zorientowała.

I wtedy zaczęło do mnie docierać, czemu ona od paru miesięcy jest taka zimna. Czemu jak dzwoniłam, to odbierała tylko raz na jakiś czas. Czemu mówiła: „Mamo, nie wchodź w moje rzeczy.”

Ja jej nic nie powiedziałam. Udawałam, że nie wiem.

Zadzwoniłam do niej od razu, ręce mi się trzęsły.

– Ania, co to ma znaczyć? – zaczęłam, jak zwykle, od pretensji, bo inaczej nie umiem. – Jakie pieniądze?

Odebrała, ale tak lodowato:

– Mamo, nie rób z siebie głupiej. Z sejfu… z pudełka po butach. Brakowało.

– Ja… ja tylko pożyczyłam na chwilę. – powiedziałam i już wiedziałam, że to brzmi fatalnie.

– „Pożyczyłaś”. Bez pytania. To jest kradzież. – ona to powiedziała normalnie, bez krzyku. I to było najgorsze.

– Nie przesadzaj! – wyrwało mi się, bo wstyd mieszał się ze złością. – Jestem twoją matką.

– I właśnie dlatego boli najbardziej. – odpowiedziała. – Całe życie miałaś pretensje, że my „nie doceniamy”, że „ty wszystko dla nas”. A jak ja raz potrzebowałam poczuć, że mam coś swojego, to ty…

– Ja cię wychowałam! – krzyknęłam. – Trójkę was sama ciągnęłam, ojciec gdzie był? Ja po nocach szyłam, sprzątałam klatki, żebyście mieli buty na zimę!

– Wiem. I jestem ci wdzięczna. Ale to nie daje ci prawa grzebać w moich rzeczach. – i dodała: – A święta… ja nie umiem siedzieć przy stole i udawać, że nic się nie stało.

Rozłączyła się.

Potem zadzwonił Tomek. Mój jedyny syn. 31 lat, wiecznie w trasie.

– Mamo, co ty odwaliłaś? – zaczął bez „cześć”.

– Co ja odwaliłam?! – poczułam, jak mi łzy lecą ze złości. – Oni się zmówili czy co?

– Ania płakała do Kasi, Kasia do mnie. Mamo, serio? Ty wzięłaś jej kasę?

– Pożyczyłam. – powtórzyłam, już ciszej.

– A oddałaś?

Milczałam.

– Mamo… ja rozumiem, że ci ciężko. Ale czemu ty nic nie mówisz? Czemu zawsze musi wyjść jakimś bokiem?

I tu mnie trafiło. Bo ja nie mówiłam, bo się wstydziłam. Bo jak matka ma mówić dzieciom, że nie domyka jej się budżet? Że leki drogie, że rachunki, że wszystko. Ja zawsze byłam „ta silna”.

– Bo wy i tak macie swoje życie – burknęłam. – I jak dzwonię, to słyszę: „mamo, nie teraz”.

– Mamo, bo ty dzwonisz w środku dnia i od razu: „czemu nie przyjedziesz, czemu nie dzwonisz, czemu…” – Tomek też już był na granicy. – Ja ci przeleję te trzy tysiące, okej? Tylko oddaj Ani i ją przeproś. Normalnie, bez gadania o tym, że „ty dla nas”.

– To nie są żadne trzy tysiące… – powiedziałam automatycznie.

– Ile?

Zatkało mnie.

Bo prawda była taka, że ja nie byłam pewna. Naprawdę. Brałam raz dwa tysiące, raz tysiąc, coś wyjęłam na leki, coś na opłaty… W głowie wszystko się mieszało. I w tym momencie dotarło do mnie, jak nisko upadłam.

– Nie wiem dokładnie… – wyszeptałam.

– Jezu, mamo. – Tomek tylko tyle. – Dobra. Ja jutro ogarnę przelew, ale ty masz spisać, co i kiedy. I pogadać z nimi, a nie obrażać się jak dziecko.

I się rozłączył.

Siedziałam potem długo w kurtce, bo nawet nie miałam siły jej zdjąć. Patrzyłam na tę paczkę od Ani: rękawiczki, miód… jakby ona mi chciała powiedzieć „dbaj o siebie”, a jednocześnie „nie podchodź bliżej”.

Najgorsze jest to, że ja ich rozumiem. Serio. Jakby mi ktoś grzebał w pieniądzach, też bym oszalała. Ale z drugiej strony… ja naprawdę nie robiłam tego „z chciwości”. Ja się zapętliłam, głupio, po cichu, bo wstyd i duma, i jeszcze to, że oni wszyscy ciągle gdzieś, a ja tu sama.

Wieczorem napisałam do Ani SMS: „Oddam. Przepraszam.” I skasowałam. Napisałam drugi: „Nie chciałam, ale było mi ciężko.” I też skasowałam. W końcu wysłałam tylko: „Masz rację. Zawaliłam. Dam znać jutro.”

Nie odpisała.

Teraz mam na stole tę listę zakupów i nawet nie wiem, czy mam kupować cokolwiek. Może będę siedzieć sama z barszczem z kartonu. Może jednak ktoś przyjedzie, ale już nie będzie jak dawniej, bo coś pękło.

I tak sobie myślę: czy ja mam ich błagać, żeby przyszli, czy raczej odpuścić i najpierw oddać wszystko, przeprosić i poczekać, aż im przejdzie? Co byście zrobili na moim miejscu?