„Cina u mnie w domu” – jak prawie rozwaliłam związek przez cudze gadanie i własny wstyd

„No dobra, to co, Vlad znowu przyjdzie z garami? Hehe, catering z Biedry.”

Powiedział to Bartek, niby półgłosem, ale tak, żeby każdy słyszał. Byli u mnie w mieszkaniu na Woli, małe dwa pokoje, wynajmowane, nic wielkiego. Zrobiliśmy „wino i planszówki”, takie zwykłe spotkanie. Tylko że ja już od wejścia miałam spięte plecy, bo wiedziałam, że Vlad ma wpaść później po pracy.

„Dajcie spokój” – rzuciłam. Sama usłyszałam, że wyszło miękko.

Kinga się zaśmiała: „Ej, no nie obrażaj się. Po prostu… wiesz, on zawsze coś przynosi. Jakby… musiał zapłacić za wejście.”

„Bo jest miły?” – próbowałam. „I lubi gotować.”

Bartek zrobił minę jak do mema: „Lubi gotować… czy lubi, że u ciebie ma gdzie zjeść i posiedzieć, bo u niego pewnie dramat?”

I wtedy mnie trafiło w takie miejsce, którego nie lubię. Bo ja sama miałam tę myśl. Tylko jej nie mówiłam na głos.

Vlad mieszkał na Targówku z mamą i młodszym bratem. Nie że patologia, tylko ciasno i nerwowo, mama po operacji biodra, brat w technikum, a on pracuje w serwisie komputerowym w galerii. Ja pracuję w biurze rachunkowym, trochę stabilniej, ale też bez szału. I niby mi to nie przeszkadzało… dopóki inni nie zaczęli mi tego wypominać, jakby to była moja kompromitacja.

„Ej, kończymy temat” – powiedziałam trochę ostrzej. „Serio.”

Kinga wzruszyła ramionami: „Dobra, dobra. Tylko potem nie płacz.”

No i wiesz… niby temat zamknięty, ale mnie już rozkręciło. Zaczęłam liczyć w głowie: ile razy on coś przyniósł, a ile razy ja…? Ile razy ja płaciłam za Glovo, a ile razy on. I nagle zrobiło mi się głupio, bo ja nawet nie pamiętałam. A pamiętałam tylko ich śmiech.

Poszłam do kuchni, udając, że muszę wyjąć chipsy. I tam, przy blacie, złapałam telefon.

Napisać do niego: „Nie przychodź”? Bo co, bo moi znajomi będą gadać? A może… bo ja się wstydzę, że on przynosi jedzenie w pojemnikach po lodach?

Miałam już wpisane „Może spotkamy się jutro”, kiedy zadzwonił.

„Hej, jestem po drodze. Kupiłem jeszcze śmietanę, bo nie było w domu. Starczy?”

„Jaką śmietanę?” – palnęłam.

„No do sosu. Mówiłaś, że lubisz ten makaron z pieczarkami. Zrobiłem wczoraj, tylko odgrzeję u ciebie.”

I ja wtedy, zamiast normalnie, wypaliłam: „Vlad… czemu ty zawsze przynosisz jedzenie? Tak jakby… nie wiem, jakbyś musiał.”

Cisza. Tak długa, że aż słyszałam, jak ktoś w salonie stuka kostką w stół.

„Bo… myślałem, że tak jest fair” – powiedział w końcu. „Że nie będę ci siedział na głowie. Że to… normalne, że się dokładam.”

„Ale oni się z tego śmieją” – wyrwało mi się. I już wiedziałam, że to brzmi żałośnie.

„Kto?”

„Moi znajomi. Nieważne. Po prostu…”

„Aha.” I znowu cisza, tylko tym razem zimna. „To powiedz im, żeby się nie śmiali.”

„To nie takie proste.”

„Dla mnie jest proste.” Jego głos zrobił się twardy. „Ja stoję po pracy w Lidlu, liczę kasę, żeby nie przyjść z pustymi rękami, a oni robią z tego kabaret? U ciebie? I ty mi to mówisz dopiero teraz?”

„Bo nie chciałam robić dramy.”

„No to właśnie robisz.”

I rozłączył się.

Ja stałam w tej kuchni jak kretynka. Wyszłam do salonu i powiedziałam: „Vlad nie przyjdzie.”

„Ooo, pokłóciliście się?” – Bartek od razu.

„Nie twoja sprawa.”

Kinga spojrzała na mnie dziwnie: „Ej, spokojnie. Co ci jest?”

I wtedy mi odcięło. „Wiecie co? Możecie iść. Serio. Wszyscy.”

Zrobili wielkie oczy, zaczęli gadać, że przesadzam, że „to były żarty”. Że „o co ci chodzi”. A ja powtarzałam tylko: „Wyjdźcie.”

Jak wyszli, usiadłam na podłodze w kuchni, oparta o szafkę, i zaczęłam płakać ze złości. Nie wiem na kogo najbardziej: na nich, na siebie, na niego.

Po godzinie napisałam do Vlada, że przepraszam i że jestem idiotką. Nie odpisał.

Dopiero następnego dnia, po pracy, podjechałam na Targówek. Nie byłam tam wcześniej, bo on zawsze mówił „po co, u mnie ciasno”. Myślałam, że się wstydzi. A ja… no, może mi też było wygodnie udawać, że to nie istnieje.

Otworzył brat, Kacper, wysoki, jeszcze dzieciak, ale już z miną jak stary dziad.

„Vlad jest w pokoju.”

Weszłam. Mały pokój, łóżko, biurko, komputer, pudła. Vlad siedział i patrzył w ekran, nawet nie wstał.

„Przyszłam pogadać.”

„No.”

„Przepraszam. Nie powinnam…”

„Nie powinnaś słuchać ich?” – uciął. „Czy nie powinnaś mówić mi, że się ze mnie śmieją?”

„Jedno i drugie.”

Popatrzył na mnie w końcu. Oczy miał czerwone. I to mnie zbiło z tropu, bo on raczej nie jest typem, co płacze.

„Wiesz, czemu przynoszę jedzenie?” – zapytał.

„Bo… żeby się dokładać?”

„Też. Ale nie tylko.”

Wyciągnął z szuflady kopertę. Zwykła, brązowa. Dał mi.

„Nie otwieraj… dobra, otwórz.”

W środku były wydruki, jakieś pisma z sądu i z banku. Nie wszystko rozumiałam, ale zobaczyłam słowa: „nakaz zapłaty”, „zaległość”, „egzekucja”.

„Co to jest?”

„Dług po ojcu.” Powiedział to tak, jakby mówił „pogoda jest brzydka”. „Ojciec zmarł dwa lata temu. Myślałem, że nic nie zostawił, bo nie utrzymywaliśmy kontaktu. A potem przyszło, że jednak… zostawił. Tylko nie mieszkanie, nie spadek, tylko kredyty i chwilówki. A ja, głupi, przyjąłem spadek, bo mama mówiła, że może coś się znajdzie, jakieś oszczędności. No i znalazło się.”

„Boże…”

„I teraz komornik może wejść na konto. Już raz mi zajął część wypłaty, ale dogadałem raty. Tylko że…”

„Tylko że co?”

„Tylko że ja się boję prosić cię o cokolwiek. Bo wtedy będę tym, co przyszedł po kasę.”

Zatkało mnie. Nagle te pojemniki, te zakupy, to „zawsze coś przyniesie” przestało wyglądać jak śmieszny zwyczaj, tylko jak jego sposób na trzymanie się godności. I mi się zrobiło jeszcze gorzej, bo ja go wczoraj praktycznie oskarżyłam, że jest… darmozjadem.

„Czemu mi nie powiedziałeś?” – zapytałam.

„Bo byś zaczęła mnie ratować. A ja nie chcę, żebyś mnie ratowała.”

„Ale ja jestem twoją dziewczyną.”

„No właśnie. I dlatego nie chcę cię w to wciągać.”

Siedzieliśmy chwilę w ciszy. Z drugiego pokoju słyszałam, jak jego mama coś miesza w garnku i jak kaszle. I w tej ciszy dotarło do mnie coś jeszcze: ja też nie byłam do końca szczera.

„Vlad…” – zaczęłam. „Ja też mam coś.”

„Co?”

„Ja… zalegam z czynszem u właściciela. Dwa miesiące. Bo mi podnieśli opłaty, a ja udawałam, że ogarnę. I jeszcze… pożyczyłam Kindze dwa tysiące w zimie, bo płakała, że jej auto się zepsuło i nie dojedzie do pracy. I do dziś nie oddała, tylko się śmieje z twoich pojemników.”

On patrzył na mnie tak, jakby dopiero teraz zobaczył, że ja też nie jestem taka „ogarnięta”.

„I ty mi mówisz, że ja mam problem z proszeniem o pomoc?” – mruknął.

„No…”

„Ioana, my oboje udajemy. Tylko w różnych miejscach.”

I to mnie wkurzyło, bo miał rację, a ja nie chciałam, żeby miał rację.

„Dobra, ale co teraz?” – rzuciłam. „Mam wyrzucić znajomych? Mam im zrobić wykład?”

„Nie wiem. Ja nie chcę, żebyś traciła ludzi przeze mnie.”

„A ja nie chcę, żebyś siedział i liczył grosze na śmietanę, żeby nikt się nie śmiał.”

Wtedy wstał, podszedł i powiedział cicho: „Ja nie liczę na śmietanę. Ja liczę, czy jak ci powiem prawdę, to nie spojrzysz na mnie jak oni.”

I to było najgorsze, bo… ja już raz spojrzałam.

Wróciliśmy do mnie wieczorem. Bez wielkich deklaracji. Zrobiliśmy ten jego makaron, normalnie. Tylko że jak napisała Kinga „Ej, przepraszam, może przesadziłam”, to ja odpisałam: „Nie chcę już takich żartów. Jak macie gadać o nim jak o jakimś przegrywie, to nie przychodźcie.”

Kinga odpisała: „Okej.” I tyle.

A ja nie wiem, czy ona się obraziła, czy zrozumiała, czy po prostu ma mnie gdzieś. I nie wiem, czy ja teraz jestem tą „sztywną”, co nie ma dystansu, czy w końcu zrobiłam coś normalnego.

Z Vladem też nie jest cukierkowo. Ja się boję, że jego długi kiedyś wpadną na mnie, że będę musiała wybierać między spokojem a uczuciem. A on się boi, że ja będę go traktować jak projekt do naprawy. I czasem kłócimy się o głupoty, typu kto kupuje papier toaletowy, a tak naprawdę to chodzi o to, kto ile ma w portfelu i kto się czego wstydzi.

Siedzę teraz na kanapie, patrzę na te głupie pudełka w szafce i myślę, że może to nie one były problemem, tylko ja i to, że tak łatwo dałam sobie wejść na głowę cudzym gadaniem. Ale z drugiej strony… czy ja mam ciągnąć to wszystko, jeśli to się zrobi za ciężkie?

Co byście zrobili na moim miejscu: odcinali znajomych i trzymali z Vladem mimo ryzyka, czy raczej postawili granicę też jemu, żeby nie wciągał mnie w swoje sprawy, zanim będzie za późno?