Oddałam bratu pokój, potem prawie całe życie. Nie wiem, czy jeszcze umiem postawić granicę
– Musisz się wyprowadzić do końca miesiąca – powiedziałam i sama sobie zabrzmiałam obco.
Marek odłożył widelec, popatrzył na mnie jak na wariatkę i tylko prychnął.
– Serio? Teraz? Po wszystkim?
– Po jakim wszystkim? – wtrąciła mama, bo oczywiście siedziała przy moim stole, choć to miał być zwykły obiad w niedzielę.
– Mamo, nie udawaj, że nie wiesz – powiedziałam. – Miał pomieszkać trzy miesiące po rozstaniu z Anetą. Minęły prawie dwa lata.
Cisza była taka, że tylko rosół bulgotał w garnku. Marek wstał, otworzył lodówkę, zamknął, jakby czegoś szukał, ale bardziej po to, żeby nie patrzeć.
– Ja nie siedzę tu dla przyjemności – rzucił.
– A ja nie żyję dla tego, żeby wszystkim robić miejsce – odpowiedziałam.
Mam 36 lat, kawalerkę na Targówku po babci i pracę w rejestracji prywatnej przychodni. Ta kawalerka była kiedyś ratunkiem. Po rozwodzie nie musiałam wynajmować pokoju z obcymi ludźmi. Była mała, ale moja. Naprawdę moja. Potem babcia zmarła, zrobiłam remont na raty, spłacałam to jak głupia, a dwa lata temu Marek zadzwonił, że Aneta go wyrzuciła, bo „już nie daje rady”.
– Tydzień, góra dwa – mówił wtedy. – Tylko ogarnę robotę i coś wynajmę.
Dałam mu klucze. Brat. No co miałam zrobić.
Na początku był grzeczny. Spał na rozkładanej kanapie, kupował pieczywo, czasem zrobił zakupy. Potem zaczął zostawiać kubki wszędzie, odbierać głośno telefony, siedzieć po nocach przy komputerze. Ja wracałam po zmianie i nie miałam gdzie usiąść, bo wszędzie jego rzeczy. Jak mówiłam, żeby posprzątał, to słyszałam:
– Nie przesadzaj, przecież to też mój dom na razie.
Właśnie to „też mój dom” mnie rozwalało.
Najgorsze było z mamą. Mieszka sama na Bródnie, ma cukrzycę i problemy z kolanami. Od lat to ja wożę ją do lekarzy, ogarniam recepty przez IKP, wykupuję leki, latam do ZUS-u, jak trzeba coś wyjaśnić. Marek? On zawsze miał jakiś problem. A to budowa stanęła, a to umowa zlecenie, a to dziecko chore. Tak, dziecko. Bo z Anetą mają córkę, Polę, siedem lat. I oczywiście jak im się posypało, to nagle też zaczęłam odbierać Polę ze świetlicy, bo Marek „utknął”.
Nie chodzi o to, że nie kocham tej małej. Chodzi o to, że wszystko jakoś lądowało na mnie. Jakby to było oczywiste.
Parę tygodni temu wróciłam wcześniej z pracy, bo system padł i zamknęli rejestrację. Weszłam cicho i usłyszałam, że Marek rozmawia w kuchni.
– Nie, mamo, nie mów Kasi – powiedział. – Jak się dowie, to mnie wystawi za drzwi.
Stanęłam jak wryta. Mama była u niego? Nie. Rozmawiał przez telefon.
– Ja to spłacę, tylko nie teraz. Alimenty też ogarnę. Po prostu nie mam z czego. Jak ona się dowie o komorniku, to koniec.
Weszłam wtedy specjalnie głośno. Marek się odwrócił i od razu zobaczyłam po twarzy, że wie, iż słyszałam.
– Jaki komornik? – zapytałam.
– Kasia, daj spokój, nie teraz.
– Właśnie teraz.
Wyszło, że od miesięcy ma zajęcie konta. Stracił robotę wcześniej, niż mówił. Dorywczo robił coś u znajomego, część pod stołem. Alimenty na Polę szły nieregularnie. Aneta zagroziła sądem, a on bał się, że jak wynajmie pokój oficjalnie, to komornik go namierzy szybciej i zostanie z niczym.
– Czyli siedziałeś u mnie nie dlatego, że „oszczędzasz”, tylko dlatego, że się chowałeś? – zapytałam.
– Nie chowałem, tylko próbowałem stanąć na nogi.
– Moim kosztem.
– A czyim miałem? – wypalił. – Zawsze byłaś tą rozsądną.
To mnie chyba najbardziej zabolało. Nie przeprosił. Po prostu uznał, że skoro ja jakoś ogarniam, to mam obowiązek.
Wieczorem pojechałam do mamy. Myślałam, że chociaż ona powie, że przesadził. A ona tylko westchnęła.
– Bo on sobie nie radzi.
– A ja sobie radzę? Mamo, ja nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam sama we własnym mieszkaniu.
– Ale jesteś sama, dzieci nie masz, to ci łatwiej.
Naprawdę, jak to usłyszałam, to mnie aż zatkało.
– Łatwiej? To że jestem sama, nie znaczy, że nic mnie to nie kosztuje.
– Kasia, nie przekręcaj. Po prostu jemu jest teraz trudniej.
Pokłóciłyśmy się strasznie. Powiedziałam rzeczy, których nie powinnam. Że od lat robicie ze mnie koło ratunkowe. Że Marek zawsze był „biedny Mareczek”, a ja „silna Kasia”, więc można mnie eksploatować. Mama się rozpłakała i rzuciła tylko:
– Bo ty przynajmniej nigdy nas nie zostawiłaś.
Dopiero potem dowiedziałam się od ciotki Basi, że mama od pół roku spłacała część długów Marka ze swojej emerytury. Dlatego ostatnio ciągle pożyczała ode mnie „na leki” i „na rachunek za prąd”. Nie wszystko było kłamstwem, ale część tak. Jak to usłyszałam, to mnie normalnie ścięło. Wściekłość na Marka miałam już wcześniej, ale wtedy doszła jeszcze taka… pustka. Bo mama nie tylko go kryła. Ona jeszcze brała ode mnie pieniądze, żebym pośrednio ratowała jego.
Pojechałam do niej od razu.
– Mogłaś mi powiedzieć.
– I co byś zrobiła? To samo co teraz? Wyrzuciła go?
– Przynajmniej wiedziałabym, na czym stoję.
– Nie chciałam, żebyś patrzyła na niego jak na przegranego.
– To czemu patrzysz na mnie jak na bankomat?
Usiadła i nagle wyglądała staro, dużo starzej niż zwykle.
– Bo bałam się, że jak jemu nie pomogę, to zrobi coś głupiego – powiedziała cicho. – On po tym rozstaniu był w fatalnym stanie. Nie mówiłam ci, bo ty od razu działasz zadaniowo, a ja… ja się bałam.
I tu mi trochę zmiękło, bo faktycznie, Marek kiedyś po pijaku napisał do mnie w nocy jakieś dziwne wiadomości, że „wszyscy by mieli spokój”. Zignorowałam to wtedy, uznałam, że dramatyzuje. Mama najwyraźniej nie zignorowała.
Następnego dnia usiedliśmy we trójkę. Bez rosołu, bez udawania.
– Nie wyrzucam cię jutro – powiedziałam. – Masz sześć tygodni. W tym czasie idziesz do psychologa albo psychiatry na NFZ albo prywatnie, obojętne. Ustalasz raty alimentów i szukasz pokoju. Ja ci nie dam więcej gotówki.
– Rozkazy mi wydajesz? – burknął.
– Nie. Stawiam warunki w moim mieszkaniu.
Mama chciała coś wtrącić, ale pierwszy raz ją zatrzymałam.
– Nie, mamo. Teraz ja mówię.
Marek przez dwa dni się do mnie nie odzywał. Potem, ku mojemu zdziwieniu, naprawdę poszedł do poradni zdrowia psychicznego. Nie wiem, czy bardziej ze strachu, czy serio już nie dawał rady. Znalazł pokój na Zaciszu, mały, kiepski, ale jest. Wczoraj zabrał ostatnie pudła.
I teraz jest dziwnie. Niby odzyskałam mieszkanie. Cisza aż dzwoni. A ja zamiast ulgi mam jeszcze złość, wstyd i takie głupie poczucie, że jak wreszcie powiedziałam „dość”, to i tak wyszłam na tę najgorszą. Z drugiej strony, gdybym dalej nic nie mówiła, to chyba bym już całkiem zniknęła we własnym życiu.
Nie wiem, czy przesadziłam, czy i tak za długo pozwalałam, żeby wszyscy jechali na mnie. A wy co byście zrobili na moim miejscu?