„Tata znowu nie przyjedzie” – po rozwodzie obiecał, że będzie obecny, a dziś moi synowie coraz częściej czują się jakby ich po prostu odstawił na bok
„Mamo, to po co on w ogóle dzwoni, skoro i tak nie przyjeżdża?” – to mi powiedział starszy syn w piątek wieczorem, jak już trzeci raz w tym miesiącu ich tata odwołał weekend.
I wtedy mnie trafiło, bo siedziałam z telefonem w ręku i znowu miałam im tłumaczyć dorosłego faceta.
Z byłym mężem rozwiedliśmy się dwa lata temu. Bez wielkiej wojny, raczej na zasadzie: nie wyszło nam jako parze, ale jako rodzice mamy dać radę. Na sprawie w sądzie oboje mówiliśmy, że najważniejsi są chłopcy. Ustaliliśmy opiekę, alimenty, kontakty, wszystko w miarę po ludzku. On sam powtarzał: „Nie odchodzę od dzieci, tylko od małżeństwa”. Wtedy naprawdę chciałam w to wierzyć.
Na początku nawet się starał. Zabierał ich co drugi weekend, czasem w tygodniu na trening albo do kina. Chłopcy mieli poczucie, że nadal mają tatę, tylko w dwóch domach. Ja też odetchnęłam, bo mimo rozwodu dało się to jakoś poukładać.
Potem zaczęło się „przepraszam, mam delegację”, „muszę zostać dłużej w pracy”, „jestem padnięty”, „odbiorę ich za tydzień”. Najpierw sporadycznie, potem coraz częściej. Teraz wygląda to tak, że pisze w sobotę rano: „Nie dam rady, oddzwonię do chłopaków wieczorem”. Wieczorem często też nie dzwoni.
Najgorsze jest to czekanie. Młodszy jeszcze długo siedzi w oknie albo chodzi z telefonem. Starszy już udaje twardego, ale widzę po nim. Jak słyszy dźwięk wiadomości, od razu patrzy, czy to od taty. A potem rzuca: „Dobra, nieważne”.
Parę dni temu zadzwoniłam do byłego i powiedziałam wprost:
– Nie możesz im tego robić. Jak nie chcesz brać weekendu, to powiedz wcześniej.
A on na to:
– Nie mów, że nie chcę. Ja po prostu naprawdę nie wyrabiam.
– To przestań obiecywać.
– Łatwo ci mówić. Ty jesteś z nimi na co dzień, masz rytm. Ja jak ich biorę, to każdy ma pretensje, że coś robię nie tak.
– Kto ma pretensje? Dzieci chcą tylko, żebyś był.
– Ty też swoje dokładasz – powiedział. – Za każdym razem jak przyjeżdżam, czuję, że jestem kontrolowany.
I tu mnie zatkało, bo niestety coś w tym było.
Ja naprawdę próbowałam wszystko ogarniać, ale też byłam spięta. Jak wracali od niego bez pracy domowej, w nie tych ubraniach co trzeba, niewyspani przed poniedziałkiem, to potrafiłam napisać wiadomość w stylu: „Serio nie mogłeś dopilnować jednej rzeczy?”. Jak młodszy wrócił bez inhalatora, to byłam wściekła. Jak starszy opuścił mecz, bo były zapomniał godziny, to też nie gryzłam się w język.
Z mojej perspektywy on był nieodpowiedzialny. Z jego pewnie ja byłam tą byłą żoną, co ciągle sprawdza i ocenia. Tylko że między nami weszli chłopcy.
Jest jeszcze jedna rzecz, o której długo nie wiedziałam. Kilka miesięcy temu były powiedział mi, że ma kredyt, większe koszty, wynajmuje nowe mieszkanie i „finansowo go przycisnęło”. Alimenty płaci, ale zaczął przebąkiwać, że „może by coś ustalić bardziej elastycznie”. Wkurzyłam się, bo ja też nie żyję z kosmosu, tylko z pensji i ciągłego liczenia, czy starczy do pierwszego. Ale później starszy syn sam powiedział mimochodem:
– U taty jest teraz dziwnie, bo on ciągle śpi albo siedzi w telefonie.
Zapytałam, co to znaczy „dziwnie”, a on:
– No, mówi, że jest zmęczony i żebyśmy sobie sami coś włączyli.
I wtedy pierwszy raz pomyślałam, że może to nie jest tylko lenistwo czy wygodnictwo. Może on zwyczajnie sobie nie radzi. Tyle że dzieci tego nie rozumieją. Dla nich jest prosto: obiecał i nie przyjechał.
Tydzień temu młodszy nie chciał już pakować plecaka na weekend. Powiedział:
– Ja nie chcę czekać jak głupi.
Starszy od razu:
– To nie jedźmy wcale, po problemie.
A ja, zamiast ich po prostu przytulić, wypaliłam:
– Nie mówcie tak o ojcu.
Na co starszy:
– To ty ciągle każesz nam go szanować, a on ma nas kiedy chce.
I to mnie zabolało najbardziej, bo chyba rzeczywiście za długo ich usprawiedliwiałam jego tekstami typu „tata dużo pracuje”, „tata ma ciężki okres”, „tata na pewno zadzwoni”. Robiłam to niby dla nich, ale chyba też dla siebie, bo nie chciałam przyznać, że ten układ po rozwodzie po prostu się sypie.
W końcu spotkaliśmy się we dwoje pod jego blokiem, bo nie chciałam kolejnej kłótni przez telefon. Powiedziałam:
– Albo ograniczysz kontakty i będziesz miał mniej, ale konkretnie, albo przestaniesz ich wystawiać.
A on stał chwilę cicho i powiedział:
– Ja wiem, że zawodzę. Jak mam ich zabrać, to już dzień wcześniej mam ścisk w żołądku, że znowu czegoś nie ogarnę. A potem odkładam, uciekam, odwołuję. To nie jest przeciwko nim.
– Ale dla nich tak to wygląda.
– Wiem.
– To idź po pomoc, cokolwiek. Pogadaj z kimś, ustalmy stałe dni, nie obiecuj ponad siły.
– A ty przestań mnie rozliczać z każdego błędu jak w dzienniku elektronicznym – odpowiedział. – Bo ja przy tobie czuję się jak najgorszy ojciec, a wtedy jeszcze bardziej odpuszczam.
I znowu, niestety, też miał trochę racji.
Teraz jesteśmy na takim etapie, że powiedziałam chłopcom tylko tyle: „Tata was kocha, ale teraz nie radzi sobie tak, jak powinien”. Nie wiem, czy to dobrze. Nie chcę robić im z niego potwora, ale też nie chcę już pudrować rzeczywistości. Ustaliliśmy z nim, że na razie nie będzie rzucał spontanicznych obietnic, tylko konkret: jeden dzień w tygodniu i co druga sobota, jeśli potwierdzi dzień wcześniej. Tylko ja już nie ufam, a chłopcy jeszcze mniej.
Najgorsze jest to, że jestem na niego wściekła, a jednocześnie widzę, że on się chyba naprawdę posypał. I jeszcze mam poczucie winy, że swoim kontrolowaniem mogłam go odpychać, choć przecież ktoś musiał ogarniać życie dzieci.
Sama już nie wiem, gdzie jest granica między chronieniem dzieci a usprawiedliwianiem rodzica, który zawodzi. Jak wy byście z nimi rozmawiali na moim miejscu?