Moja najlepsza przyjaciółka zniknęła, chociaż siedziała naprzeciwko mnie przy kawie

– Serio? Znowu o kupie? – wypaliłam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.

Magda zamarła z łyżeczką nad sernikiem. W kawiarni na osiedlu było duszno, za szybą stały wózki, a przy stoliku obok jakaś babka szeptem kłóciła się z mężem o ratę za auto. A my siedziałyśmy naprzeciwko siebie po raz pierwszy od trzech tygodni i ja już po pięciu minutach miałam dość.

– Fajnie, Anka – powiedziała cicho. – Naprawdę fajnie.

Powinnam była wtedy odpuścić. Zmienić temat, przeprosić, powiedzieć, że mam gorszy dzień. Ale we mnie już od dawna coś buzowało.

Z Magdą znałyśmy się od liceum. Była przy mnie, kiedy mój ojciec odszedł do innej i matka przez pół roku nie wstawała z łóżka. Ja byłam przy niej, kiedy rzuciła pracę w biurze rachunkowym, bo szef robił z ludzi ścierki. Przeprowadzałyśmy się razem, płakałyśmy po facetach, ciągnęłyśmy się na SOR, kiedy jedna z nas miała atak paniki. Taki poziom bliskości, że nie trzeba było kończyć zdań.

A potem urodziła Franka.

Nie mam problemu z dziećmi. Naprawdę. Moja siostra ma dwójkę, bywam na roczkach, komuniach, siedziałam z siostrzeńcem na NFZ-owskiej izbie przyjęć pół nocy, więc wiem, jak wygląda życie. Tylko że z Magdą było tak, jakby ktoś wymazał ją gumką i zostawił wyłącznie funkcję: mama.

Dzwoniłam, bo pokłóciłam się z Pawłem o pieniądze i o to, czy bierzemy kredyt na większe mieszkanie, czy dalej kisimy się w naszym dwupokojowym bloku z grzybem w narożniku. Ona odbierała i po minucie już słyszałam:

– Wiesz, Franek dalej nie przesypia nocy. I ta baba w przychodni powiedziała, że może to integracja sensoryczna, wyobrażasz sobie?

Spotykałyśmy się na kawę.

– Zobacz, jakie ma teraz kupki, już bardziej zbite, to chyba po marchewce.

Szłam do niej, bo miałam fatalne wyniki tarczycy i bałam się, że znowu wyląduję na L4.

– Pokażę ci zdjęcie wysypki, tylko nie jedz teraz ciasta.

Na początku kiwałam głową. Słuchałam. Kupowałam body, książeczki, nawet zrobiłam jej zakupy, jak siedziała z małym i gorączką. Tylko że w pewnym momencie poczułam się jak ściana. Ona mówiła, ja byłam. Ja zaczynałam zdanie, a ona po dwóch sekundach wracała do drzemek, skoków rozwojowych, rozszerzania diety i grup dla mam, na których podobno kobiety się wspierają, a tak naprawdę licytują, która bardziej poświęcona.

Najgorsze było to, że równocześnie w moim życiu też się sypało. Paweł stracił premię, wszystko drożało, właściciel podniósł nam czynsz, a moja matka zaczęła coraz częściej mylić leki i udawać, że nic się nie dzieje. Miałam wrażenie, że stoję po pas w wodzie i macham rękami, a Magda patrzy gdzieś obok, bo Franek właśnie zrobił pierwszy krok.

Tamtego dnia w kawiarni próbowałam powiedzieć to spokojnie.

– Magda, ja się cieszę, że masz syna. Naprawdę. Ale ja już nie wiem, jak z tobą rozmawiać. Jak dzwonię z czymś ważnym, to nawet mnie nie słyszysz.

Odłożyła łyżeczkę.

– Bo ty myślisz, że moje życie to jest teraz hobby? Ja nie śpię po nocach, ledwo wyglądam, mam rozstępy, cycki mnie bolą, a ty robisz mi wyrzuty, że mówię o dziecku?

– Nie o to chodzi.

– To o co? Że nie skaczę wokół twoich problemów?

To mnie zabolało bardziej, niż powinno.

– Właśnie. Wokół moich nie. Wokół twoich tak. Ciągle.

Magda prychnęła, spojrzała gdzieś w bok, jakby nagle bardziej interesował ją stojak z ciastami niż ja.

– Ty po prostu nie rozumiesz, czym jest macierzyństwo.

Do dziś pamiętam ten ton. Nie zmęczony. Pogardliwy.

– A ty nie rozumiesz, że poza twoim dzieckiem istnieją jeszcze inni ludzie – powiedziałam. – Nie tylko statyści w twoim filmie.

Wstała tak gwałtownie, że krzesło zgrzytnęło o podłogę.

– Wiesz co? Obrzydliwe to jest. Serio. Zazdrościsz niemowlakowi.

Zostawiła mnie z rachunkiem i zimną kawą.

Potem była cisza. Taka prawdziwa. Nie „odezwę się jutro”, nie „przepraszam, jestem zawalona”. Po prostu nic. Minęły święta, potem majówka, potem wakacje. Widziałam czasem jej zdjęcia na Facebooku. Drewniane zabawki, ekologiczne kaszki, uśmiechy z placu zabaw. Ja w tym czasie rozstałam się z Pawłem, wróciłam na trzy miesiące do matki, ogarniałam jej lekarzy, ZUS po ojcu i sprzedaż działki, o którą nagle upomniał się mój brat, choć przez lata nawet trawy tam nie skosił. I parę razy łapałam się na tym, że chcę zadzwonić do Magdy. Odruch. Jak do domu, którego już nie ma.

Spotkałyśmy się po prawie dwóch latach. Przypadkiem, pod przedszkolem, bo odbierałam siostrzeńca. Magda wyglądała starzej. Ja pewnie też.

– Chodź na chwilę – powiedziała. – Jeśli możesz.

Usiadłyśmy na ławce obok osiedlowego placu zabaw. Dzieci darły się, ktoś palił na balkonie, zwykłe popołudnie.

Magda długo milczała.

– Wtedy byłam wrakiem – powiedziała w końcu. – Serio. Franek nie spał, mąż całymi dniami w pracy, teściowa mądrzejsza od wszystkich, a w internecie same idealne matki. Jak mały miał wysypkę, to ryczałam w łazience, że go skrzywdzę, bo coś źle zrobiłam. I jak powiedziałaś, że masz dość słuchania o nim, to usłyszałam, że jestem nikim poza matką. A tego bałam się najbardziej.

Poczułam ukłucie wstydu, bo coś w tym było.

– Może i tak zabrzmiało – powiedziałam. – Ale ja też byłam wtedy sama jak palec. I zamiast powiedzieć to wcześniej normalnie, kisiłam w sobie żal, aż wybuchłam jak idiotka.

Uśmiechnęła się smutno.

– Obie byłyśmy okropne.

– Chyba bardziej pogubione niż okropne.

Pogadałyśmy jeszcze chwilę. O pracy, o dzieciach mojej siostry, o tym, że jej mąż wziął kredyt na wykończenie mieszkania i teraz liczą każdy paragon. Niby było lżej. Niby uczciwie. Przeprosiłyśmy się. Nawet się przytuliłyśmy.

A jednak czułam, że to już nie wróci. Nie było tej naszej łatwości. Tego, że jedno spojrzenie wystarczało. Siedziała obok mnie bliska osoba, a jednocześnie trochę obca. I chyba ja dla niej też taka byłam.

Czasem myślę, że nie każdą miłość w życiu psuje zdrada albo wielkie świństwo. Czasem wystarczy zmęczenie, niewypowiedziany żal i za dużo miesięcy udawania, że „jakoś to będzie”.

Wybaczyłyśmy sobie, ale nie umiałyśmy już do siebie wrócić. I może to właśnie boli najbardziej.

Powiedzcie szczerze – czy ja naprawdę byłam taką egoistką, czy po prostu też miałam prawo chcieć, żeby ktoś mnie w końcu usłyszał?

Da się jeszcze uratować przyjaźń, kiedy obie osoby już są kimś innym niż kiedyś?