Między synem a sumieniem – historia matki, która musiała wybrać

— Mamo, jak mogłaś?! — głos Michała rozdarł ciszę mojego mieszkania, zanim jeszcze zdążyłam zamknąć drzwi za Martą. Stał w korytarzu, z oczami pełnymi łez i gniewu, a jego oddech był ciężki, jakby właśnie przebiegł maraton. — Po tym wszystkim, co mi zrobiła, ty ją tu przyjmujesz?!

Nie odpowiedziałam od razu. W głowie szumiały mi słowa Marty: „Pani Elżbieto, nie mam już nikogo. Michał mnie wyrzucił, a ja nie mam dokąd pójść.” Wciąż czułam jej drżące dłonie na moich ramionach i słony smak łez na własnej skórze. Kiedy Michał trzasnął drzwiami i zostawił mnie samą, poczułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi.

Jeszcze kilka lat temu nasza rodzina była wzorem dla sąsiadów. Michał, mój jedyny syn, zawsze był ambitny i uparty. Marta pojawiła się w jego życiu nagle — poznali się na imprezie u wspólnych znajomych w Poznaniu. Była cicha, trochę nieśmiała, ale miała w sobie coś, co sprawiało, że chciało się ją chronić. Kiedy po roku przyprowadził ją do domu i przedstawił jako narzeczoną, byłam szczęśliwa. W końcu doczekałam się ślubu syna i wnuczki — małej Oliwki.

Przez pierwsze lata wszystko układało się dobrze. Niedzielne obiady u mnie, wspólne wyjazdy nad jezioro do domku mojej siostry. Michał pracował jako informatyk w dużej firmie, Marta zajmowała się domem i Oliwką. Czułam się potrzebna — pomagałam przy wnuczce, piekłam ciasta na święta, doradzałam Marcie w sprawach wychowawczych.

Ale potem coś zaczęło się psuć. Michał coraz częściej wracał późno z pracy, był rozdrażniony i zamknięty w sobie. Marta próbowała rozmawiać, ale on tylko wzruszał ramionami albo wybuchał gniewem. Zaczęły się kłótnie — najpierw ciche i krótkie, potem coraz głośniejsze i częstsze. Próbowałam nie wtrącać się za bardzo, ale serce matki nie zna granic.

Pewnego dnia Marta zadzwoniła do mnie zapłakana: — Pani Elżbieto, Michał powiedział, że już mnie nie kocha. Kazał mi się wyprowadzić…

Nie mogłam uwierzyć. Mój syn? Ten sam chłopak, który kiedyś płakał ze szczęścia na widok swojej córki? Pojechałam do nich natychmiast. W mieszkaniu panował chaos — walizki Marty stały pod drzwiami, Oliwka tuliła swoją ulubioną maskotkę i patrzyła na mnie wielkimi oczami.

— Mamo, to nie twoja sprawa — powiedział Michał chłodno. — Chcę zacząć nowe życie.

Nie pytałam wtedy o szczegóły. Zabrałam Martę i Oliwkę do siebie na kilka dni. Myślałam, że to tylko kryzys, że wszystko się ułoży. Ale Michał był nieugięty. Szybko znalazł sobie nową partnerkę — Ewę, koleżankę z pracy. Zaczął unikać kontaktu ze mną, a kiedy dzwoniłam, odpowiadał zdawkowo.

Marta została sama z dzieckiem i kredytem na mieszkanie. Próbowała znaleźć pracę, ale bez doświadczenia było jej ciężko. Pomagałam jak mogłam — opiekowałam się Oliwką, gotowałam obiady na kilka dni do przodu. Michał coraz rzadziej odwiedzał córkę; tłumaczył się pracą albo nowymi obowiązkami.

Wszystko zmieniło się pewnego wieczoru. Marta przyszła do mnie z walizką i łzami w oczach.

— Pani Elżbieto… Ewa grozi mi przez telefon. Michał przestał płacić alimenty… Nie mam już siły walczyć.

Przygarnęłam je bez wahania. Wiedziałam, że sąsiadki będą gadać — w końcu w naszej klatce plotki roznoszą się szybciej niż światło. Ale nie mogłam zostawić Marty i Oliwki na pastwę losu.

Przez kilka tygodni żyłyśmy razem jak rodzina. Oliwka chodziła do przedszkola niedaleko mojego bloku; Marta znalazła dorywczą pracę w sklepie spożywczym u znajomej mojej siostry. Wieczorami siedziałyśmy przy herbacie i rozmawiałyśmy o wszystkim — o dawnych marzeniach Marty, o moim dzieciństwie na wsi pod Gnieznem, o tym, jak bardzo obie tęsknimy za normalnością.

Aż pewnego dnia zjawił się Michał. Wpadł do mieszkania bez zapowiedzi, z twarzą czerwoną od gniewu.

— Jak możesz ją tu trzymać?! — wrzasnął. — To przez ciebie ona się mnie czepia! Zawsze byłaś po jej stronie!

— Michał… To matka twojego dziecka…

— To już nie jest moja sprawa! — rzucił i wybiegł trzaskając drzwiami.

Od tamtej pory nie odezwał się do mnie ani razu. Nie odbiera telefonów, nie odpisuje na wiadomości. Ewa zablokowała mnie wszędzie gdzie mogła. Oliwkę widuję tylko wtedy, gdy Marta przyprowadza ją do mnie na weekend.

Moja siostra Teresa mówi: — Ela, zrobiłaś dobrze. Nie mogłaś zostawić Marty na ulicy.

Ale sąsiadka z naprzeciwka patrzy na mnie z ukosa i szepcze: — Synowa to już nie rodzina…

Czuję się rozdarta. Z jednej strony wiem, że postąpiłam słusznie — nie mogłam zostawić Marty i Oliwki bez pomocy. Z drugiej strony straciłam syna. Każdego dnia czekam na jego telefon, na wiadomość, że mi wybaczył. Ale dni mijają, a on milczy.

Ostatnio Marta znalazła lepszą pracę w szkole podstawowej jako sekretarka; Oliwka zaczęła chodzić na balet i coraz częściej się uśmiecha. Czasem przychodzą do mnie na obiad; śmiejemy się razem i rozmawiamy o wszystkim… Ale w moim sercu wciąż jest pustka.

Brakuje mi Michała. Brakuje mi naszej rodziny sprzed lat.

Czasem patrzę w lustro i pytam samą siebie: Czy matka zawsze powinna wybierać stronę dziecka? Czy dobro drugiego człowieka jest warte utraty własnego syna? Może ktoś z Was przeżył coś podobnego i potrafi mi odpowiedzieć…