Przeszkoda na drodze do szczęścia: Opowieść o rodzinnych ranach, które nie chcą się zabliźnić

Drzwi trzasnęły tak głośno, że aż podskoczyłam. Stałam w przedpokoju, z kluczami w dłoni, a echo kłótni jeszcze dudniło mi w uszach. – Pakuj się, Maciek. To koniec – powiedziałam mu, patrząc prosto w oczy. Nie płakałam. Nie miałam już łez. Po dwóch latach wspólnego życia, po setkach nieprzespanych nocy i tysiącach cichych pretensji, czułam tylko pustkę i ulgę. Maciek spojrzał na mnie z niedowierzaniem, jakby nie rozumiał, że naprawdę mówię poważnie.

– Znowu ci coś nie pasuje? – rzucił z ironią, ale w jego głosie słychać było strach.

– Wszystko mi nie pasuje. Nie chcę już tak żyć – odpowiedziałam twardo.

Nie próbował mnie zatrzymać. Spakował się w pół godziny i wyszedł bez słowa. Zostałam sama w naszym wynajmowanym mieszkaniu na warszawskiej Woli, wśród pustych kubków po kawie i sterty nieposkładanych ubrań. Usiadłam na podłodze i zaczęłam płakać. Nie dlatego, że było mi żal Maćka. Płakałam nad sobą – nad tym, że przez dwa lata pozwoliłam komuś gasić we mnie światło.

Następnego dnia zadzwoniła mama. – Iwona, słyszałam, że się rozstaliście – powiedziała bez cienia współczucia. – W końcu! Ile można znosić takiego lenia? Dwadzieścia osiem lat masz, a jeszcze dzieci nie masz! – dodała tonem, który miał być troskliwy, ale był tylko oskarżycielski.

– Mamo, proszę cię…

– Nie będę cię pocieszać. Sama tego chciałaś. Teraz czas na poważne decyzje. Zobaczysz, jeszcze będziesz mi dziękować.

Zawsze tak było. Mama – Teresa – nigdy nie potrafiła mnie przytulić bez oceny. Ojciec milczał, jak zwykle. W domu rodzinnym czułam się jak gość, który przeszkadza w czyimś życiu.

Po rozstaniu przez kilka tygodni żyłam jak automat. Praca na oddziale ratunkowym w szpitalu Bródnowskim pochłaniała mnie całkowicie. Po dyżurze wracałam do pustego mieszkania, zamawiałam pizzę i zasypiałam przed telewizorem. Czasem myślałam: może już zawsze będę sama? Może nie zasługuję na nic więcej?

Aż pewnego dnia los postawił na mojej drodze Pawła. Przyszedł do szpitala z ojcem po urazie nogi. Był wysoki, miał ciemne włosy i spojrzenie pełne ciepła. Zapytał o coś banalnego – czy długo jeszcze poczekają na prześwietlenie – ale w jego głosie było coś, co sprawiło, że się uśmiechnęłam pierwszy raz od miesięcy.

Następnego dnia czekał na mnie przed szpitalem z kawą w ręku.

– Dzień dobry, pani Iwono – powiedział z uśmiechem.

– Skąd pan zna moje imię?

– Z plakietki… i od rejestratorki – przyznał się bez żenady.

Zaczęliśmy się spotykać. Paweł był zupełnie inny niż Maciek – troskliwy, pracowity, miał własną firmę budowlaną razem z bratem. Mieszkał na Pradze-Północ z matką i młodszą siostrą. Szybko poczułam się przy nim bezpieczna.

Po trzech miesiącach zaprosił mnie do siebie na rodzinny obiad. Byłam zestresowana jak nigdy wcześniej – wiedziałam już od Pawła, że jego matka jest wymagająca i bardzo przywiązana do syna.

W drzwiach przywitała mnie kobieta o surowym spojrzeniu i mocno spiętych włosach.

– Dzień dobry, jestem Barbara – powiedziała chłodno.

Przez cały obiad czułam jej wzrok na sobie. Zadawała pytania o moją rodzinę, pracę, plany na przyszłość.

– A rodzice? Czym się zajmują? – zapytała nagle.

– Mama jest nauczycielką matematyki w liceum na Ochocie, tata pracuje w urzędzie miasta – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

Barbara skinęła głową i przez chwilę milczała.

Po obiedzie Paweł zaproponował spacer nad Wisłą.

– Przepraszam za mamę… Ona taka jest dla wszystkich nowych osób – tłumaczył się nerwowo.

– Rozumiem ją – skłamałam. Tak naprawdę czułam się oceniona i niechciana.

Kilka dni później zadzwoniła do mnie mama.

– I co? Jak było?

– Dziwnie… Jego matka jest bardzo wymagająca.

– Lepiej uważaj. Tacy ludzie zawsze patrzą z góry na innych – rzuciła Teresa z wyższością.

Nie wiedziałam wtedy jeszcze wszystkiego. Dopiero po kilku tygodniach Paweł wyznał mi prawdę:

– Moja mama zna twoją mamę… kiedyś były przyjaciółkami w liceum. Pokłóciły się o chłopaka i od tamtej pory nie rozmawiają ze sobą.

Zatkało mnie.

– O kogo?

– O mojego ojca…

Zadzwoniłam do Teresy tego samego wieczoru.

– Mamo… dlaczego nigdy mi nie powiedziałaś?

– Bo to nie twoja sprawa! – krzyknęła przez telefon. – Ta Barbara zawsze była fałszywa! Ukradła mi chłopaka i jeszcze miała czelność zaprosić cię do swojego domu!

– Ale ja kocham Pawła!

– Albo on, albo ja! – usłyszałam zimny głos matki.

Przez kilka dni nie mogłam spać ani jeść. Paweł próbował mnie pocieszać:

– To nie nasza wojna…

Ale ja wiedziałam, że dla naszych matek to wojna na śmierć i życie.

W końcu postanowiłam: nie pozwolę im zniszczyć mojego szczęścia. Wyprowadziłam się do Pawła mimo protestów Teresy. Przestała się do mnie odzywać. Ojciec próbował łagodzić sytuację:

– Daj jej czas…

Ale czas mijał, a mama była nieugięta.

Wzięliśmy ślub skromny, tylko z najbliższymi przyjaciółmi i rodziną Pawła. Moja matka nie przyszła. Wysłała tylko krótkiego SMS-a: „Wybrałaś swoją drogę”.

Po ślubie próbowałam jeszcze kilka razy się z nią skontaktować. Bez skutku.

Minął rok. Urodziła się nasza córka – Zosia. Kiedy wysłałam mamie zdjęcie wnuczki, odpisała tylko: „Gratuluję”.

Czasem patrzę na Pawła i Zosię i myślę: czy naprawdę musiałam wybierać między miłością a rodziną? Czy przeszłość naszych rodziców musi być przeszkodą na drodze do szczęścia naszych dzieci?

Może kiedyś Teresa i Barbara wybaczą sobie nawzajem… Może kiedyś Zosia pozna swoją babcię naprawdę? A może są rany, które nigdy się nie zabliźnią?

Czy Wy też musieliście kiedyś wybierać między własnym szczęściem a oczekiwaniami rodziny? Jak poradziliście sobie z takim wyborem?