Zaproponowałam bratu wspólny prezent dla mamy. Jego odpowiedź rozbiła naszą rodzinę na kawałki…

– Michał, słuchaj, mam pomysł na prezent dla mamy – powiedziałam, trzymając telefon tak mocno, że aż zbielały mi knykcie. – Może kupimy jej razem lodówkę? Ta stara już ledwo zipie, a ona i tak nigdy nie wyda na siebie pieniędzy.

Po drugiej stronie słyszałam tylko ciszę. Zawsze tak było – ja mówiłam, on milczał, jakby ważył każde słowo. Ale tym razem ta cisza była inna. Ciężka, lepka, pełna czegoś, czego nie umiałam nazwać.

– Lodówkę? – Michał w końcu się odezwał, ale w jego głosie nie było entuzjazmu. – A po co? Przecież mama i tak zaraz ją odda komuś z sąsiadów albo powie, że niepotrzebna.

Zamarłam. Przez chwilę miałam ochotę się roześmiać, bo przecież to absurdalne. Mama odda nową lodówkę? Ale potem przypomniałam sobie jej wieczne „nie trzeba mi niczego”, „inni mają gorzej”. Może Michał miał rację?

– Michał, ona naprawdę potrzebuje nowej lodówki – próbowałam jeszcze raz. – To nie jest fanaberia. Poza tym…

Nie dokończyłam. Michał westchnął głośno.

– Wiesz co, Anka? Ty zawsze musisz wszystko organizować. Zawsze musisz być tą dobrą córką. A ja? Ja zawsze wychodzę na tego złego, bo nie mam czasu, bo nie mam pieniędzy…

Zatkało mnie. Przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. Przecież nie o to chodziło! Chciałam tylko zrobić coś razem, jak kiedyś…

– Michał, ja nie chcę cię do niczego zmuszać – powiedziałam cicho. – Po prostu pomyślałam, że…

– Że co? Że znowu pokażesz wszystkim, jaka jesteś wspaniała? – przerwał mi ostro. – Wiesz co? Mam dość tej twojej wiecznej inicjatywy. Jak chcesz kupić lodówkę, to kup sama. Ja się nie dokładam.

Rozłączył się. Zostałam z telefonem przy uchu i poczuciem, że coś właśnie pękło. Nie tylko między mną a Michałem – pękło coś we mnie.

Usiadłam na kanapie i zaczęłam płakać. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz płakałam przez brata. Może wtedy, gdy miałam siedem lat i zabrał mi ulubioną lalkę? Ale to było inne. Teraz bolało mnie coś głębiej.

Przez kolejne dni chodziłam jak struta. Mama dzwoniła codziennie z pytaniem, czy przyjadę na urodziny. Odpowiadałam wymijająco. Nie wiedziałam, co robić z prezentem. Kupić lodówkę sama? Udawać, że nic się nie stało?

W końcu pojechałam do mamy z kwiatami i ciastem z cukierni. Lodówki nie było.

– Aniu, co się stało? – zapytała mama, patrząc na mnie uważnie swoimi zmęczonymi oczami.

– Nic… Po prostu… dużo pracy – skłamałam.

Mama uśmiechnęła się smutno.

– Ty zawsze wszystko bierzesz na siebie. Nawet jak byłaś mała, to sprzątałaś po wszystkich zabawkach, żeby nikt się nie potknął.

Poczułam gulę w gardle.

– Mamo… A gdybyś dostała nową lodówkę? Ucieszyłabyś się?

Mama spojrzała na mnie zdziwiona.

– Po co mi nowa lodówka? Ta jeszcze działa.

Wtedy zrozumiałam. To nie chodziło o lodówkę. Ani o prezent. Chodziło o naszą rodzinę – o to, że każdy z nas gra swoją rolę od lat i nikt nie umie z niej wyjść.

Wieczorem zadzwonił Michał.

– Anka… Przepraszam za tamto – powiedział cicho. – Po prostu… Mam ostatnio ciężko w pracy i…

Nie chciałam słuchać tłumaczeń. Ale on mówił dalej:

– Zawsze czułem się gorszy od ciebie. Ty wszystko ogarniasz, ja zawsze jestem gdzieś z boku…

Siedziałam w ciszy i słuchałam jego słów. Pierwszy raz od lat rozmawialiśmy naprawdę szczerze.

– Może powinniśmy przestać udawać przed sobą i przed mamą – powiedziałam w końcu. – Może czas powiedzieć jej prawdę: że nie jesteśmy idealną rodziną.

Michał milczał długo.

– Może masz rację – odpowiedział w końcu.

Następnego dnia pojechaliśmy razem do mamy. Usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy mówić – o tym, co nas boli, o tym, jak bardzo chcemy być blisko, ale nie umiemy tego okazać.

Mama płakała. My płakaliśmy z nią.

Nie kupiliśmy lodówki. Ale pierwszy raz od lat poczułam, że naprawdę jesteśmy rodziną.

Czasem myślę: czy naprawdę trzeba było aż takiego wybuchu, żebyśmy zaczęli mówić prawdę? Czy każda rodzina musi przejść przez kryzys, żeby zobaczyć siebie nawzajem naprawdę?