Miłość na rozdrożu: Jak matka rozbiła moje życie

Stałem na klatce schodowej, ściskając w dłoni klucz do mieszkania, które miało być moim nowym domem. W środku czekała na mnie matka – nie moja, a mojej żony, która od początku naszej znajomości była jak cień, zawsze obecny, zawsze gotowy do ataku. Nazywam się Adrian Majewski i dziś opowiem wam, jak jedna kobieta potrafiła rozbić całe moje życie.

Wszystko zaczęło się wiosną, kiedy poznałem Martę. Była inna niż wszystkie – ciepła, uśmiechnięta, z tym błyskiem w oku, który sprawiał, że świat wydawał się prostszy. Pracowałem wtedy jako informatyk w małej firmie pod Warszawą, ona była pielęgniarką na oddziale dziecięcym. Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych na grillu. Od razu poczułem, że to coś więcej niż przelotna znajomość.

Po kilku miesiącach Marta zaprosiła mnie do swojego domu w Piasecznie. Tam poznałem jej matkę – Grażynę. Już od progu poczułem chłód. Grażyna spojrzała na mnie z góry, jakby oceniała każdy centymetr mojego ubrania i sposób, w jaki ściskam dłoń.

– Adrian, tak? Informatyk? – zapytała z przekąsem. – A rodzice czym się zajmują?

– Tata jest kierowcą autobusu, mama pracuje w sklepie spożywczym – odpowiedziałem spokojnie.

Grażyna tylko uniosła brwi i odwróciła się na pięcie.

Przez całą kolację czułem się jak na przesłuchaniu. Pytania o zarobki, plany na przyszłość, mieszkanie. Marta próbowała ratować sytuację żartami, ale atmosfera była gęsta jak śmietana.

Po wyjściu Marta przytuliła mnie mocno.

– Przepraszam za nią. Ona taka już jest…

– Nie szkodzi – skłamałem.

Z czasem było tylko gorzej. Grażyna dzwoniła do Marty codziennie, komentowała nasze decyzje, krytykowała wszystko: „Adrian nie umie nawet gwoździa wbić”, „Co to za facet bez własnego mieszkania?”, „Z takim to tylko bieda i łzy”.

Marta próbowała stawiać granice, ale jej matka była mistrzynią manipulacji. Kiedy ogłosiliśmy zaręczyny, Grażyna zrobiła awanturę:

– Nie pozwolę ci zmarnować życia! On cię zostawi z dzieckiem i kredytem! – krzyczała przez telefon tak głośno, że słyszeli ją sąsiedzi.

Marta płakała całą noc. Ja czułem się bezradny.

Mimo wszystko pobraliśmy się. Wynajęliśmy małe mieszkanie na Ursynowie. Byliśmy szczęśliwi… przez chwilę. Grażyna nie odpuszczała. Wpadała bez zapowiedzi, przestawiała meble, krytykowała obiad („U mnie w domu ziemniaki się obiera cieniej!”), a nawet podważała moje decyzje finansowe.

Pewnego dnia wróciłem z pracy wcześniej i usłyszałem rozmowę Marty z matką:

– On cię ogranicza! Zobaczysz, jeszcze będziesz żałować! – syczała Grażyna.

– Mamo, kocham go. Daj nam żyć po swojemu!

– Ty nic nie rozumiesz! Ja wiem lepiej!

Wtedy pierwszy raz zobaczyłem łzy Marty i poczułem gniew wobec kobiety, która powinna być dla niej wsparciem.

Kiedy urodził się nasz syn, Szymon, Grażyna zaczęła przyjeżdżać codziennie. Wtrącała się we wszystko: karmienie, przewijanie, nawet wybór imienia skomentowała: „Szymon? A nie lepiej Jakub? Szymon to takie… pospolite”.

Z czasem zaczęliśmy się kłócić z Martą o drobiazgi. O to, czy pozwolić matce wejść do mieszkania bez zapowiedzi, o to, kto ma rację w sprawie wychowania dziecka. Czułem się jak intruz we własnym domu.

Pewnego wieczoru Marta powiedziała:

– Może mama ma rację… Może nie jesteś wystarczająco ambitny…

Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Czy naprawdę zaczęła wierzyć w to wszystko?

Wkrótce potem straciłem pracę – firma upadła przez pandemię. Grażyna triumfowała:

– A nie mówiłam? Teraz zobaczysz, jak to jest być na utrzymaniu kobiety!

Zacząłem szukać pracy gdziekolwiek – rozwoziłem jedzenie na rowerze, łapałem się dorywczych zajęć. Marta coraz częściej zamykała się w sobie. Nasze rozmowy ograniczały się do spraw organizacyjnych: zakupy, rachunki, dziecko.

Pewnego dnia wróciłem do domu i zobaczyłem Grażynę siedzącą na moim miejscu przy stole.

– Adrianie – zaczęła lodowato – Marta podjęła decyzję. Chce odpocząć od ciebie. Lepiej będzie, jak się wyprowadzisz.

Spojrzałem na Martę – miała spuszczoną głowę i łzy w oczach.

– To prawda? – zapytałem cicho.

Nie odpowiedziała.

Spakowałem walizkę i wyszedłem. Przez kilka miesięcy mieszkałem u kolegi w wynajmowanym pokoju na Pradze. Widziałem syna tylko w weekendy – jeśli Grażyna akurat nie miała innych planów.

W końcu dostałem pracę w dużej firmie IT. Zacząłem powoli odbudowywać swoje życie. Ale rana po tamtym rozstaniu długo się nie goiła.

Po roku Marta zadzwoniła:

– Adrian… Przepraszam. Mama… ona… ona mnie zniszczyła psychicznie. Nie umiem już jej słuchać. Chciałabym spróbować jeszcze raz…

Spotkaliśmy się w kawiarni. Była cieniem dawnej siebie – zmęczona, przygaszona.

– Wybaczysz mi? – zapytała drżącym głosem.

Nie odpowiedziałem od razu. Widziałem jej ból i własne blizny.

Dziś mieszkam sam. Z Szymonem widuję się regularnie – Marta w końcu postawiła matce granice i wyprowadziła się od niej do innego miasta. Nasza relacja jest poprawna, ale nigdy już nie będzie taka sama.

Czasem zastanawiam się: czy gdyby nie Grażyna, bylibyśmy szczęśliwi? Czy to możliwe odbudować zaufanie po takim upokorzeniu? A może są ludzie, których trzeba po prostu zostawić za sobą?

Czy wy potrafilibyście wybaczyć? Jak daleko można pozwolić rodzinie ingerować w swoje życie?