Moja córka wróciła do domu z dzieckiem: Druga młodość, której nie chciałam. Czy jestem złą matką, że marzę o wolności?
— Mamo, nie mam gdzie iść. — Głos Kasi drżał, a jej oczy były czerwone od płaczu. Stała w progu z dwuletnią Zosią na rękach, a ja poczułam, jak serce ściska mi się w piersi. Przez chwilę miałam ochotę zamknąć drzwi i udawać, że to tylko zły sen. Ale przecież nie mogłam. Jestem matką.
Jeszcze tydzień temu planowałam pierwszy samotny wyjazd od lat. Marzyłam o ciszy, o porankach z kawą na balkonie, o wieczorach z książką bez dźwięków bajek w tle. Ostatnie dwadzieścia lat mojego życia to była nieustanna troska o innych: najpierw Kasia, potem jej ojciec, który odszedł do innej kobiety, zostawiając nas z kredytem i pustką. Teraz, kiedy Zosia miała już dwa lata, a Kasia wyprowadziła się do swojego chłopaka, miałam nadzieję na odrobinę spokoju.
— Wejdź — powiedziałam cicho, odsuwając się od drzwi. Kasia przeszła obok mnie, a Zosia spojrzała na mnie wielkimi oczami. — Babciu? — zapytała niepewnie.
— Tak, kochanie. Babcia tu jest — odpowiedziałam, próbując się uśmiechnąć.
Kasia rzuciła torbę na podłogę i usiadła na kanapie. Przez chwilę panowała cisza, przerywana tylko cichym pochlipywaniem Zosi.
— Co się stało? — zapytałam w końcu.
— Tomek mnie wyrzucił. Powiedział, że nie radzi sobie z dzieckiem i że mam wracać do mamy. — Kasia mówiła szybko, jakby bała się, że zaraz się rozpadnie.
Poczułam gniew. Na Tomka, na Kasię, na cały świat. Ale najbardziej na siebie — za to, że znów pozwoliłam sobie uwierzyć w spokojną przyszłość.
Przez pierwsze dni żyliśmy jak na bombie zegarowej. Kasia spała do południa, potem godzinami siedziała w telefonie albo płakała w łazience. Ja biegałam między pracą a domem, gotowałam obiady, sprzątałam zabawki i próbowałam ogarnąć chaos. Zosia była jedynym promykiem — jej śmiech rozjaśniał nawet najciemniejsze chwile.
Ale zmęczenie narastało. Pewnego wieczoru, kiedy po raz kolejny znalazłam Kasię płaczącą nad telefonem, nie wytrzymałam.
— Ile to jeszcze potrwa? — zapytałam ostrzej niż zamierzałam. — Nie możesz tak po prostu leżeć i czekać, aż wszystko się samo ułoży!
Kasia spojrzała na mnie z wyrzutem.
— Myślisz, że mi łatwo? Że chciałam tu wracać? Że nie mam dosyć siebie?
— A ja? Myślisz, że ja tego chciałam? Że marzyłam o tym, żeby znów zaczynać wszystko od nowa?
Zosia zaczęła płakać. Obie zamilkłyśmy. W tej ciszy usłyszałam własne serce bijące jak szalone.
Następnego dnia Kasia wyszła rano bez słowa. Zostałam sama z Zosią. Patrzyłam na jej drobne rączki układające klocki i poczułam falę czułości… i rozpaczy. Czy naprawdę jestem skazana na powtarzanie tych samych błędów? Czy moje życie zawsze będzie podporządkowane innym?
Wieczorem Kasia wróciła z podkrążonymi oczami.
— Byłam u psychologa — powiedziała cicho. — Powiedziała mi, żebym dała sobie czas. Ale ja nie wiem, czy potrafię być dobrą matką.
Usiadłam obok niej i objęłam ją ramieniem.
— Ja też nie wiem — wyszeptałam. — Ale próbuję każdego dnia.
Od tamtej pory zaczęłyśmy rozmawiać więcej. O tym, jak bardzo jesteśmy zmęczone. O tym, jak trudno jest być samotną matką w Polsce: bez wsparcia ojca dziecka, bez pieniędzy na żłobek, bez czasu dla siebie. O tym, jak bardzo boimy się przyszłości.
Czasem kłócimy się o drobiazgi: kto ma zrobić zakupy, kto odbierze Zosię z przedszkola (udało nam się ją zapisać po trzech miesiącach czekania), kto ma posprzątać kuchnię. Czasem śmiejemy się razem przy starych zdjęciach albo oglądamy seriale do późna w nocy.
Ale są też noce, kiedy leżę w łóżku i płaczę w poduszkę ze zmęczenia i żalu za utraconą wolnością. Marzę o tym, żeby choć raz obudzić się bez poczucia winy i obowiązku.
Czasem pytam siebie: czy jestem złą matką, bo chcę czegoś więcej niż tylko poświęcenia? Czy mam prawo marzyć o własnym życiu?
A może właśnie dlatego jestem dobrą matką — bo mimo wszystko wciąż tu jestem?
Czy wy też czasem czujecie się uwięzione między miłością a pragnieniem wolności? Jak znaleźć równowagę między byciem dla innych a byciem dla siebie?