Niespodziewane Małżeństwo: Historia Marty i Pawła
Wszystko zaczęło się w piątkowy wieczór, kiedy wróciłam do mieszkania mojej mamy w Łodzi, z walizką w jednej ręce i rozmazanym makijażem na twarzy. Mama otworzyła drzwi i spojrzała na mnie z przerażeniem.
– Marta, co się stało? – zapytała, chwytając mnie za ramiona.
Nie odpowiedziałam. Po prostu weszłam do środka, rzuciłam walizkę na podłogę i osunęłam się na kanapę. Łzy same płynęły mi po policzkach. Mama usiadła obok i objęła mnie mocno.
– Powiedz mi, proszę – wyszeptała.
– Tomek… Tomek mnie zdradził. Z Olą. – Głos mi się załamał.
Mama zamarła. Ola była moją najlepszą przyjaciółką od podstawówki. Wiedziała o mnie wszystko – o moich lękach, marzeniach, planach na przyszłość. A Tomek? Byliśmy razem od trzech lat, planowaliśmy ślub za dwa miesiące.
– Jak mogłaś nie zauważyć? – zapytała mama cicho.
– Nie wiem… Może nie chciałam widzieć? – odpowiedziałam, patrząc w okno. – Wszystko było takie idealne. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Przez kolejne dni nie wychodziłam z domu. Telefon dzwonił bez przerwy – Ola próbowała się tłumaczyć, Tomek błagał o rozmowę. Mama przynosiła mi herbatę i kanapki, ale ja nie miałam siły jeść. Czułam się jak cień samej siebie.
W końcu, po tygodniu, zadzwoniła do mnie ciocia Basia.
– Martuś, musisz wyjść z domu. Przyjedź do mnie na wieś, odpoczniesz trochę od tego wszystkiego.
Zgodziłam się bez przekonania. Wsiadłam w pociąg do Piotrkowa Trybunalskiego i przez całą drogę patrzyłam przez okno na szare pola i lasy. W głowie miałam tylko jedno pytanie: „Co dalej?”
U cioci było spokojnie. Pachniało świeżym chlebem i kawą zbożową. Siedziałyśmy na tarasie, a ona opowiadała mi o swoich młodzieńczych miłościach, o tym, jak dziadek ją zostawił dla innej kobiety, a potem wrócił po latach z podkulonym ogonem.
– Życie to nie bajka, Martuś – powiedziała pewnego wieczoru. – Ale czasem los daje nam drugą szansę tam, gdzie najmniej się jej spodziewamy.
Wtedy pojawił się Paweł. Syn sąsiadów, których znałam z dzieciństwa, ale nigdy nie zwracałam na niego większej uwagi. Był cichy, trochę nieśmiały, ale miał w sobie coś, co przyciągało ludzi – może ten jego łagodny uśmiech albo to, jak słuchał innych z prawdziwym zainteresowaniem.
Zaczęliśmy rozmawiać przy ognisku. O wszystkim i o niczym – o muzyce, książkach, o tym, jak trudno jest dorosnąć i nie stracić siebie po drodze.
– Wiesz, Marta – powiedział pewnego wieczoru – czasem trzeba zrobić coś szalonego, żeby poczuć, że się żyje naprawdę.
Zaśmiałam się gorzko.
– Ja już zrobiłam coś szalonego. Zakochałam się w niewłaściwym facecie.
– Może to nie była twoja ostatnia szansa na szaleństwo? – uśmiechnął się tajemniczo.
Nie wiedziałam wtedy jeszcze, jak prorocze okażą się te słowa.
Po kilku tygodniach wróciłam do Łodzi. Mama przyjęła mnie z ulgą, ale w domu czuć było napięcie. Ojciec milczał podczas kolacji, patrzył na mnie spod byka.
– I co teraz zamierzasz? – zapytał w końcu.
– Nie wiem… Może wrócę do pracy w szkole? Albo spróbuję czegoś nowego?
– Nie możesz całe życie uciekać przed problemami – rzucił oschle.
Mama próbowała łagodzić sytuację:
– Daj jej czas, Zbyszku. Ona musi to wszystko przeżyć po swojemu.
Ale ojciec nie dawał za wygraną:
– Zawsze byłaś taka niezdecydowana. Najpierw ten Tomek, teraz siedzisz tu jak zbity pies…
Wybiegłam z kuchni ze łzami w oczach. Czułam się jak ciężar dla wszystkich wokół.
Wtedy zadzwonił Paweł.
– Hej… Chciałem tylko zapytać, jak się trzymasz?
Rozmawialiśmy długo. O tym, jak trudno jest zacząć od nowa. O tym, że czasem trzeba zamknąć drzwi za przeszłością i otworzyć okno na przyszłość.
Spotykaliśmy się coraz częściej – najpierw na kawie w centrum miasta, potem na spacerach po parku Źródliska. Paweł był inny niż wszyscy mężczyźni, których znałam. Nie obiecywał złotych gór, nie mówił wielkich słów. Po prostu był obok.
Pewnego dnia zaproponował coś zupełnie szalonego:
– Marta… A gdybyśmy… pobrali się?
Zatkało mnie.
– Żartujesz?
– Nie. Wiem, że to brzmi absurdalnie. Ale pomyśl… Oboje jesteśmy samotni, oboje chcemy zacząć od nowa. Może razem będzie nam łatwiej?
Śmiałam się przez łzy.
– Paweł… Ja nawet nie wiem, czy jeszcze potrafię kochać…
– Nie musisz od razu kochać. Wystarczy, że spróbujesz zaufać jeszcze raz.
Zgodziłam się pod wpływem impulsu. Może chciałam udowodnić sobie i wszystkim wokół, że potrafię być szczęśliwa mimo wszystko?
Ślub był skromny – tylko najbliższa rodzina i kilku znajomych Pawła. Moja mama płakała ze wzruszenia i strachu jednocześnie. Ojciec nie przyszedł – powiedział tylko:
– Nie będę uczestniczył w tej farsie.
Po ślubie zamieszkaliśmy w małym mieszkaniu na Retkini. Było ciasno i skromnie, ale czułam się tam bezpieczna jak nigdy wcześniej. Paweł codziennie rano robił mi kawę do łóżka i zostawiał karteczki z zabawnymi rysunkami na lodówce.
Ale życie nie jest bajką. Po kilku miesiącach zaczęły się pierwsze kłótnie – o pieniądze (Paweł zarabiał niewiele jako bibliotekarz), o moje kontakty z Olą (która próbowała wrócić do mojego życia), o to, że nie mogłam zajść w ciążę mimo starań.
Pewnego wieczoru wybuchłam:
– Może to był błąd! Może powinniśmy byli poczekać!
Paweł spojrzał na mnie smutno:
– Może… Ale ja cię wybrałem nie dlatego, że było łatwo. Tylko dlatego, że chciałem być z tobą nawet wtedy, gdy jest trudno.
Zaczęliśmy chodzić na terapię dla par. Rozmawialiśmy o wszystkim – o mojej zdradzonej dumie, o jego lękach przed przyszłością, o naszych rodzinach (jego matka nigdy mnie nie zaakceptowała).
Najtrudniej było pogodzić się z tym, że nie spełnię marzeń mojej mamy o wnukach ani oczekiwań ojca o „porządnej córce” z „porządnym mężem”. Ale powoli zaczynałam rozumieć coś ważnego: szczęście to nie jest stan idealny. To wybór każdego dnia.
Dziś mijają dwa lata od naszego ślubu. Nadal nie mamy dzieci i nadal kłócimy się o drobiazgi. Ale kiedy patrzę na Pawła rano przy kawie albo wieczorem przy wspólnym czytaniu książek na kanapie – wiem jedno: nikt nigdy nie dał mi tyle spokoju i akceptacji co on.
Czasem myślę o Tomku i Oli – są razem do dziś, ale podobno nie są szczęśliwi. Czasem myślę o ojcu – czy kiedyś mi wybaczy? Czy ja sama sobie wybaczę?
Może życie to ciągłe wybory między tym, co łatwe a tym, co prawdziwe? Czy żałuję swojej decyzji? Nie wiem… Ale wiem jedno: drugi raz też bym ją podjęła.
A wy? Czy potrafilibyście zaufać komuś jeszcze raz po zdradzie? Czy warto ryzykować wszystko dla nowego początku?