Gdy zabierają ci wnuki: Historia babci Zofii z Krakowa, która walczy o rodzinę

– Nie chcę, żebyś więcej przychodziła do naszych dzieci! – głos Magdy, mojej synowej, drżał z gniewu i rozpaczy. Stałyśmy naprzeciwko siebie w kuchni mojego syna, a ja czułam, jak serce wali mi w piersi. Michał, mój syn, stał gdzieś z boku, bezradny, z opuszczonym wzrokiem. Wnuki – Ania i Staś – bawiły się w swoim pokoju, nieświadome burzy, która właśnie przetaczała się przez ich rodzinę.

Nie pamiętam już dokładnie, od czego się zaczęło. Może od tego, że powiedziałam coś za dużo? Może od tego, że próbowałam doradzić Magdzie w sprawie wychowania dzieci? Wiem tylko, że nagle wszystko się posypało. Magda wykrzyczała mi w twarz wszystkie swoje żale: że się wtrącam, że nie szanuję jej decyzji, że próbuję być ważniejsza niż ona sama. Michał milczał. To bolało najbardziej.

Wyszłam wtedy z ich mieszkania z poczuciem upokorzenia i żalu. Myślałam, że to tylko chwilowe – że ochłoną, zadzwonią, przeproszą. Przecież zawsze byłam dla nich wsparciem! Odbierałam dzieci z przedszkola, gotowałam obiady, zostawałam na noc, gdy Magda musiała zostać dłużej w pracy. Byłam babcią na pełen etat. A teraz? Teraz siedzę sama w moim dwupokojowym mieszkaniu na Prokocimiu i patrzę na zdjęcia Ani i Stasia. Ich uśmiechy patrzą na mnie ze ściany, a ja nie wiem nawet, jak bardzo już urosły.

Próbowałam dzwonić. Najpierw do Michała – nie odbierał. Potem do Magdy – raz odebrała i powiedziała tylko: „Nie dzwoń więcej”. Próbowałam napisać listy do wnuków, ale nie wiem nawet, czy je dostali. Moje serce pękało z każdym kolejnym dniem ciszy.

Sąsiadka, pani Teresa, mówiła mi: „Zosiu, idź do nich. Porozmawiajcie jak dorośli”. Ale jak rozmawiać z kimś, kto nie chce cię słuchać? Jak przeprosić za coś, co wydaje ci się niesprawiedliwe? Przecież chciałam tylko dobrze! Czy to naprawdę tak źle być troskliwą babcią?

Najgorsze są wieczory. Siedzę wtedy przy stole z kubkiem herbaty i wspominam te wszystkie chwile: jak Ania przytulała się do mnie przed snem, jak Staś rysował dla mnie laurki. Czasem łapię się na tym, że mówię do nich na głos – jakby byli tuż obok. „Stasiu, pamiętasz jak razem piekliśmy pierniki na święta?” „Aniu, a twoja ulubiona bajka to dalej 'Kubuś Puchatek’?”

W pracy próbuję udawać, że wszystko jest w porządku. Koleżanki pytają: „Jak tam wnuki?” Uśmiecham się wtedy sztucznie i mówię: „Dobrze”. Bo co mam powiedzieć? Że własna rodzina mnie odrzuciła?

Czasem myślę o tym, żeby pójść do sądu. Podobno babcia ma prawo widywać wnuki. Ale czy naprawdę chcę ciągać własnego syna po sądach? Czy to nie pogorszy wszystkiego jeszcze bardziej? Może powinnam po prostu czekać…

Pewnego dnia spotkałam Michała na ulicy. Szedł z Anią za rękę. Zatrzymałam się jak wryta. Ania spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami.
– Babciu! – krzyknęła i rzuciła mi się na szyję.
Michał stał nieruchomo.
– Michał… – zaczęłam cicho.
– Mamo… proszę cię… – powiedział tylko i odciągnął Anię.
Patrzyłam za nimi długo, aż zniknęli za rogiem. Czułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi serce.

Od tej pory już nawet nie próbuję ich szukać. Zaczęłam pisać pamiętnik – dla siebie i dla wnuków. Może kiedyś go przeczytają i zrozumieją, jak bardzo ich kochałam.

Czasem myślę o mojej mamie – ona też miała trudne relacje z moją synową. Może to jakaś klątwa pokoleń? Może my, matki synów, zawsze będziemy przegrywać z nowymi kobietami w ich życiu?

W święta zostawiam puste miejsce przy stole. Kładę tam talerzyk dla Ani i Stasia. Może kiedyś wrócą…

Piszę to wszystko nie po to, żeby wzbudzić litość. Piszę, bo wiem, że nie jestem sama. Ile jest takich babć jak ja? Ile matek straciło kontakt z własnymi dziećmi przez rodzinne konflikty?

Może powinnam była mniej się wtrącać? Może powinnam była bardziej słuchać Magdy? Ale czy można być obojętnym na los własnych wnuków?

Czasem pytam siebie: czy jeszcze kiedyś usłyszę ich śmiech w tych pustych ścianach? Czy rodzina może się posklejać po takim rozpadzie? Co wy byście zrobili na moim miejscu?