Zaproponowałam test na ojcostwo teściowej i rozpętało się piekło – czy można to jeszcze naprawić?

– Co ty powiedziałaś?! – głos teściowej przeszył ciszę jak nóż. Stałam w kuchni, trzymając w ręku kubek z herbatą, który nagle wydał mi się zbyt ciężki. Mój mąż, Tomek, spojrzał na mnie z niedowierzaniem, a jego siostra, Magda, aż przysiadła na krześle.

– Mamo, ja tylko… – zaczęłam nieśmiało, ale już wiedziałam, że nie ma odwrotu. Słowa padły i nie da się ich cofnąć.

– Chcesz zrobić test na ojcostwo? – powtórzyła teściowa, patrząc na mnie jak na obcą. – Po tylu latach?!

Wiedziałam, że to zabrzmi źle. Ale od miesięcy czułam, że coś jest nie tak. Tomek coraz częściej wracał do domu zamyślony, unikał rozmów o naszym synku, Jasiu. A potem podsłuchałam przypadkiem rozmowę teściowej z Magdą. „On nie jest do końca pewien…” – szeptała matka Tomka. „Może powinni to sprawdzić, zanim będzie za późno.” To wystarczyło, by moje serce zaczęło walić jak oszalałe.

Przez kilka dni chodziłam jak struta. W końcu zebrałam się na odwagę i powiedziałam Tomkowi: – Może zrobimy test? Dla świętego spokoju. Żeby nikt już nie miał żadnych wątpliwości.

Nie odpowiedział od razu. Wyszedł z pokoju i wrócił dopiero po godzinie. Potem przez dwa dni prawie się do mnie nie odzywał.

Aż w końcu przyszła niedziela i rodzinny obiad u teściów. Myślałam, że uda się przejść nad tym do porządku dziennego, ale Magda nie wytrzymała: – Powiedz im, co wymyśliłaś.

I wtedy wszystko się posypało.

Teściowa zaczęła krzyczeć, że obrażam jej rodzinę, że podważam jej wychowanie syna. Tomek patrzył na mnie z bólem i rozczarowaniem. Magda płakała. Ja stałam pośrodku tego wszystkiego i czułam się jak intruz we własnym życiu.

Przez kolejne dni atmosfera była gęsta jak mgła nad Wisłą w listopadzie. Tomek spał na kanapie. Teściowa przestała odbierać moje telefony. Magda napisała mi tylko krótkiego SMS-a: „Nie wierzę, że mogłaś coś takiego zrobić”.

A ja? Ja tylko chciałam rozwiać wątpliwości. Przecież to nie była moja wina, że ktoś zasiał ziarno niepewności! Czy to naprawdę taki grzech chcieć mieć pewność? Czy jestem potworem, bo zaproponowałam test?

W pracy nie mogłam się skupić. Koleżanka z biura, Ania, zauważyła moje rozkojarzenie:

– Coś się stało? Wyglądasz jakbyś miała zaraz się rozpłakać.

Opowiedziałam jej wszystko. Słuchała uważnie, a potem powiedziała: – Wiesz, ludzie boją się prawdy. Ale czasem lepiej wiedzieć niż żyć w kłamstwie.

Niby miała rację, ale czy naprawdę lepiej? Przecież teraz wszyscy patrzą na mnie jak na wroga. Nawet Tomek nie chce ze mną rozmawiać o niczym innym niż o Jasiu – i to tylko wtedy, kiedy musi.

Najgorsze są wieczory. Siedzę sama w sypialni i słyszę przez ścianę jego cichy płacz. Chciałabym go przytulić, powiedzieć mu, że wszystko będzie dobrze. Ale on mnie odpycha.

Wczoraj wieczorem zebrałam się na odwagę i zapukałam do salonu:

– Tomek… możemy porozmawiać?

Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem:

– O czym? O tym, jak bardzo mi nie ufasz?

– To nie tak… Po prostu chciałam mieć pewność. Dla nas wszystkich.

– Dla nas wszystkich? – prychnął. – Czy dla siebie?

Zabrakło mi słów. Może rzeczywiście zrobiłam to dla siebie? Może bałam się, że jeśli on będzie miał choć cień wątpliwości, nasza rodzina się rozpadnie?

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok i myślałam o tym, jak bardzo wszystko się skomplikowało przez jedno zdanie wypowiedziane za dużo.

Dziś rano zadzwoniła Magda:

– Musisz przyjechać do mamy. Jest w kiepskim stanie.

Pojechałam bez słowa sprzeciwu. Teściowa siedziała przy stole, blada i zapuchnięta od płaczu.

– Wiesz… – zaczęła cicho – Ja po prostu nie mogę uwierzyć, że myślisz o nas tak źle.

– Nie myślę źle… Po prostu… ktoś musiał zacząć tę rozmowę.

– Ale dlaczego ty? Dlaczego teraz?

Nie umiałam odpowiedzieć.

Wyszłam stamtąd jeszcze bardziej zagubiona niż wcześniej.

Wieczorem Tomek przyszedł do mnie sam:

– Zróbmy ten test – powiedział cicho. – Ale jeśli wyjdzie tak, jak myślę… musisz mi obiecać jedno: już nigdy więcej nie podważysz mojego zaufania.

Pokiwałam głową przez łzy.

Czekamy teraz na wyniki. Każdy dzień jest jak wieczność. Wszyscy chodzimy po domu na palcach, unikając wzroku innych domowników.

Czasem myślę: czy naprawdę warto było? Czy można jeszcze naprawić to wszystko? Czy rodzina może przetrwać taką burzę?

Może ktoś z was był w podobnej sytuacji? Jak odbudować zaufanie po czymś takim? Czy da się jeszcze poskładać rozbite serce?