Za drzwiami mojego domu: historia zdrady, która rozdarła rodzinę
Drzwi do mojego mieszkania zatrzęsły się pod naporem pięści. Stałem na klatce schodowej, z walizką w jednej ręce i bukietem tulipanów w drugiej, a serce waliło mi jak oszalałe. Wróciłem po trzech miesiącach pracy na budowie w Niemczech, zmęczony, ale szczęśliwy – miałem nadzieję, że żona rzuci mi się na szyję, a córka wybiegnie z pokoju z okrzykiem „Tata!”. Zamiast tego usłyszałem męski głos zza drzwi: — Kogo tu niesie o tej porze?!
Zamarłem. To nie był głos mojej żony, nie był to też głos mojej córki. Przez chwilę pomyślałem, że pomyliłem piętro, ale numer mieszkania był mój – 34. Zadzwoniłem jeszcze raz. Drzwi uchyliły się gwałtownie i zobaczyłem go – obcego faceta, w mojej koszulce, z mokrymi włosami i wyrazem irytacji na twarzy.
— Czego chcesz? — burknął.
— To mój dom — wyszeptałem, czując jak nogi uginają się pode mną.
Za nim pojawiła się ona – moja żona, Sylwia. W szlafroku, z rozmazanym makijażem i miną winowajcy. Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy. Wtedy z pokoju wybiegła moja córka, Zosia, cała roztrzęsiona.
— Tato! — krzyknęła i rzuciła mi się na szyję.
Obcy facet spojrzał na mnie z góry i powiedział: — Sylwia, załatw to szybko.
Wtedy wszystko się we mnie załamało. Stałem jak słup soli, tuląc Zosię i czując jej łzy na ramieniu. Sylwia próbowała coś tłumaczyć:
— Michał… to nie tak… Ja… ja chciałam ci powiedzieć…
— Kiedy? Po śniadaniu? — przerwałem jej lodowatym głosem.
Facet wyszedł z mieszkania, rzucając mi pogardliwe spojrzenie. Zosia płakała coraz głośniej. Sylwia zaczęła tłumaczyć się chaotycznie:
— Było mi ciężko samej… Ty ciągle wyjeżdżasz… On mnie rozumie… Ja już nie mogłam dłużej czekać!
— A ja? Ja miałem czekać na ciebie całe życie?!
Wtedy usłyszałem trzask drzwi sąsiadki. Pani Jadwiga spojrzała na nas z politowaniem i zamknęła się w swoim mieszkaniu. Zrobiło mi się wstyd jak nigdy dotąd.
Zosia trzęsła się w moich ramionach. — Tato, nie zostawiaj mnie — szeptała.
Nie wiedziałem co robić. Wszedłem do środka, zostawiłem walizkę w przedpokoju i usiadłem na kanapie. Sylwia stała naprzeciwko mnie, blada jak ściana.
— Michał… ja nie chciałam cię zranić…
— Ale zraniłaś. I to jak.
Zosia patrzyła raz na mnie, raz na matkę. — Mamo, dlaczego?
Sylwia zaczęła płakać. — Przepraszam… Przepraszam was oboje…
Nie mogłem tego słuchać. Wstałem i wyszedłem na balkon, żeby złapać oddech. Blok naprzeciwko wyglądał jak zawsze – szare ściany, dzieci bawiące się na placu zabaw, starsi panowie grający w szachy pod klatką. Tylko moje życie już nigdy nie miało być takie samo.
Po godzinie spakowałem kilka rzeczy i zadzwoniłem do mojego brata, Pawła.
— Paweł… mogę u ciebie przenocować?
— Co się stało? — zapytał od razu zaniepokojony.
— Sylwia mnie zdradziła. W moim własnym domu.
— Przyjeżdżaj natychmiast.
Zanim wyszedłem, Zosia złapała mnie za rękę:
— Tato… nie zostawiaj mnie tutaj sama z mamą…
Serce mi pękło. Uklęknąłem przy niej:
— Kochanie, nigdy cię nie zostawię. Ale muszę teraz wyjść. Zadzwonię do ciebie jutro rano.
Sylwia patrzyła na mnie błagalnie:
— Michał… proszę…
Nie odpowiedziałem. Zamknąłem za sobą drzwi i poczułem ulgę pomieszaną z rozpaczą.
U Pawła czekał już na mnie talerz gorącej zupy i butelka piwa.
— Opowiadaj wszystko — powiedział stanowczo.
Wylałem z siebie całą historię – o samotności Sylwii, o moich wyjazdach za granicę, o tym jak próbowałem utrzymać rodzinę kosztem własnego życia.
Paweł pokiwał głową:
— Michał… ona cię nie szanowała od dawna. Pamiętasz święta u teściowej? Jak cię traktowała przy stole?
Przypomniałem sobie tamten wieczór – Sylwia wyśmiewająca moje prezenty dla rodziny, jej matka komentująca moje zarobki i to, że „prawdziwy facet powinien być zawsze przy żonie”.
— Może to wszystko przez jej matkę? — zapytałem cicho.
Paweł wzruszył ramionami:
— Każdy jest odpowiedzialny za swoje decyzje.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie teściowa:
— Michał! Jak możesz zostawić Sylwię samą?! Przecież ona jest twoją żoną!
— A ona mogła mnie zdradzić?
— To nie tak! Ty ją zaniedbywałeś! Cały czas tylko praca i praca!
Rzuciłem telefonem o kanapę. Paweł spojrzał na mnie ze współczuciem:
— Nie przejmuj się nią. Najważniejsza jest Zosia.
Przez kolejne dni próbowałem poukładać sobie życie na nowo. Spotkałem się z prawnikiem – rozwód był nieunikniony. Zosia dzwoniła do mnie codziennie wieczorem:
— Tato… kiedy wrócisz?
Za każdym razem odpowiadałem: — Niedługo, kochanie. Obiecuję.
Sylwia próbowała mnie przekonać do powrotu:
— Michał… to był błąd… On nic dla mnie nie znaczy…
Ale ja już nie potrafiłem jej zaufać. Każda rozmowa kończyła się kłótnią:
— Ty zawsze myślałeś tylko o sobie! — krzyczała Sylwia przez telefon.
— A ty? Myślałaś o mnie wtedy, kiedy wpuszczałaś go do naszego łóżka?
Czułem się jak wrak człowieka. Praca przestała mieć sens, jedzenie nie smakowało jak dawniej. Nawet Paweł zaczął się martwić:
— Michał… musisz się pozbierać dla Zosi.
Wiedziałem, że ma rację. Zacząłem chodzić na terapię – pierwszy raz w życiu przyznałem się przed kimś obcym do swojej słabości.
Po kilku tygodniach spotkałem się z Zosią w parku. Usiadła mi na kolanach i zapytała:
— Tato… czy ty jeszcze kochasz mamę?
Zaniemówiłem. Spojrzałem jej w oczy i powiedziałem:
— Kocham cię najbardziej na świecie. A mama… mama popełniła błąd, którego nie da się naprawić.
Zosia przytuliła się do mnie mocno:
— Ja chcę mieszkać z tobą…
To był dla mnie sygnał – muszę walczyć o córkę, nawet jeśli cały świat będzie przeciwko mnie.
Rozwód był brudny i bolesny. Sylwia oskarżała mnie o wszystko – o zaniedbanie rodziny, o brak uczuć, nawet o przemoc (co było kompletnym kłamstwem). Jej matka pojawiała się na każdej rozprawie i patrzyła na mnie jak na najgorszego człowieka świata.
Paweł był moim jedynym wsparciem:
— Nie daj się im! Masz prawo do szczęścia!
Po pół roku sąd przyznał mi opiekę naprzemienną nad Zosią. Sylwia wyprowadziła się do swojego kochanka – podobno już jej nie kochał, ale nie miała dokąd pójść.
Zosia zamieszkała ze mną w kawalerce Pawła. Byliśmy razem szczęśliwi – gotowaliśmy obiady, chodziliśmy do kina i powoli odbudowywaliśmy nasze życie od nowa.
Czasem budziłem się w nocy zlany potem – śniły mi się tamte drzwi otwierane przez obcego faceta w mojej koszulce. Ale potem słyszałem spokojny oddech Zosi i wiedziałem, że dla niej warto żyć dalej.
Dziś minął już rok od tamtych wydarzeń. Mam nową pracę – bliżej domu, bez delegacji za granicą. Zosia śmieje się coraz częściej i mówi mi: — Tato, jesteśmy najlepszym duetem świata!
Czasem zastanawiam się: czy można było tego uniknąć? Czy gdybym był bardziej obecny w domu, wszystko potoczyłoby się inaczej? Ale wiem jedno – zdrada boli najbardziej wtedy, gdy przychodzi od najbliższych.
Czy wybaczenie jest możliwe? Czy można jeszcze zaufać komuś po takim upokorzeniu? Może ktoś z was zna odpowiedź…