Oddałam swoje mieszkanie przyjaciółce — dziś nie poznaję siebie w lustrze

— Magda, proszę cię, nie zostawiaj nas teraz! — głos Marty łamał się, a jej oczy były czerwone od płaczu. Stała w moim przedpokoju, ściskając dłoń swojego męża, Pawła. Był początek marca, śnieg topniał na chodnikach Warszawy, a ja czułam, jak moje serce rozdziera się na kawałki.

Nie potrafiłam odmówić. Z Martą znałyśmy się od podstawówki — razem przeżywałyśmy pierwsze miłości, wspólne wagary i łzy po niezdanych sprawdzianach. Paweł był jej mężem od sześciu lat, zawsze wydawał się spokojny, choć nigdy nie byliśmy blisko. Ich mieszkanie na Ochocie spłonęło po zwarciu instalacji elektrycznej. Zostali z niczym. Ja właśnie wyjeżdżałam na pół roku do Krakowa służbowo i moje dwupokojowe mieszkanie na Mokotowie miało stać puste.

— Oczywiście, że możecie się wprowadzić — powiedziałam bez wahania. — Klucze są wasze. Tylko proszę… dbajcie o wszystko.

Marta rzuciła mi się na szyję. — Jesteś aniołem! Oddamy ci wszystko w idealnym stanie, obiecuję!

Nie podpisaliśmy żadnej umowy. Przecież to przyjaciele. Po co formalności?

Przez pierwsze tygodnie wszystko wydawało się w porządku. Marta dzwoniła co kilka dni, opowiadała o nowej pracy Pawła i o tym, jak ich syn Kuba zachwyca się widokiem z mojego balkonu. Czułam satysfakcję — pomogłam ludziom w potrzebie.

Aż do czerwca. Dostałam SMS-a: „Musimy się wyprowadzić szybciej, przepraszamy za zamieszanie”.

Zaniepokojona wróciłam do Warszawy tydzień wcześniej niż planowałam. Już na klatce schodowej poczułam dziwny zapach. Drzwi były niedomknięte. Weszłam do środka…

To, co zobaczyłam, przeszło moje najgorsze koszmary. Ściany pokryte były dziecięcymi rysunkami flamastrem i tłustymi plamami. W kuchni leżały sterty śmieci, lodówka była otwarta i cuchnęła zgnilizną. W łazience grzyb rozrastał się na fugach, a w salonie kanapa była przecięta nożem.

Zadzwoniłam do Marty natychmiast.

— Co tu się stało?! — krzyczałam przez telefon, głos mi się łamał.

— Magda… przepraszam… Paweł miał problemy w pracy… Kuba był chory… Nie ogarnęliśmy…

— Nie ogarnęliście?! To jest ruina! — łzy napływały mi do oczu.

— Oddamy ci pieniądze za naprawy… tylko daj nam trochę czasu…

Ale pieniędzy nigdy nie zobaczyłam.

Przez kolejne tygodnie próbowałam skontaktować się z Martą i Pawłem. Odbierali coraz rzadziej, potem przestali całkiem. Ich profile na Facebooku zniknęły. Wspólni znajomi wzruszali ramionami: „Może wyjechali za granicę?”

Moja mama powtarzała: — Mówiłam ci, żebyś nie ufała ludziom bez umowy! Nawet najlepszym przyjaciołom!

Ojciec milczał, ale widziałam w jego oczach rozczarowanie i smutek.

Przez całe lato sprzątałam mieszkanie sama. Każda plama na ścianie bolała mnie jak zdrada. Każdy śmieć przypominał mi o tym, jak bardzo się pomyliłam.

Najgorsze były wieczory. Siadałam na podłodze w pustym salonie i patrzyłam na puste miejsce po kanapie.

— Dlaczego? — pytałam siebie szeptem. — Dlaczego oni to zrobili? Czy naprawdę byli moimi przyjaciółmi?

Zaczęły się plotki. Ciotka Halina zadzwoniła:

— Słyszałam, że Marta i Paweł uciekli do Holandii! Podobno mieli długi…

Znajomi zaczęli mnie unikać. Jedni mówili: „Sama jesteś sobie winna”, inni: „Nie przejmuj się, karma wraca”. Ale nikt nie zaproponował pomocy.

W pracy byłam cieniem samej siebie. Szefowa zapytała:

— Magdo, wszystko w porządku?

— Tak… tylko mam trochę problemów osobistych.

Ale nikt nie chciał słuchać szczegółów.

Po kilku miesiącach mieszkanie wróciło do stanu używalności, ale ja już nie byłam tą samą osobą. Straciłam nie tylko pieniądze i czas, ale przede wszystkim zaufanie do ludzi.

Czasem budzę się w nocy i myślę o Marcie. Czy naprawdę była tak zdesperowana? Czy Paweł ją zmusił? Czy może po prostu przestaliśmy być dla siebie ważni?

Dziś już wiem: nawet największa przyjaźń może runąć przez pieniądze i brak szacunku.

Czy warto pomagać za wszelką cenę? Czy można jeszcze ufać ludziom bezgranicznie? Może wy też macie podobne doświadczenia? Podzielcie się swoją historią…