Między młotem a kowadłem: Życie z teściową, która nie umie odpuścić
Wpadłam do kuchni z roztrzęsionymi rękami, a szklanka z herbatą wypadła mi z dłoni i roztrzaskała się o kafelki. Michał wybiegł z pokoju, spojrzał na mnie i od razu wiedział, że to znowu ona. — Co się stało? — zapytał cicho, jakby bał się usłyszeć odpowiedź. — Twoja mama. Znowu była tu bez zapowiedzi. Znowu mówiła, że nie umiem prowadzić domu i że nasza córka powinna jeść więcej mięsa, bo „takie chude dzieci to tylko przez zaniedbanie matki”.
Michał westchnął ciężko i usiadł na krześle. — Może po prostu nie odbieraj drzwi, kiedy przychodzi? — próbował żartować, ale w jego oczach widziałam bezradność. Wiedziałam, że kocha mnie i naszą córkę, ale wiedziałam też, że nie potrafi postawić się własnej matce. Pani Halina była kobietą twardą jak stal — wdowa od piętnastu lat, całe życie poświęciła synowi i nie zamierzała oddać go żadnej kobiecie.
Poznaliśmy się z Michałem na studiach w Poznaniu. On był cichy, trochę nieśmiały, ja — zawsze wygadana i pełna energii. Po dwóch latach postanowiliśmy zamieszkać razem. To wtedy pierwszy raz spotkałam panią Halinę. Pamiętam ten dzień jak dziś: siedziała przy stole w swoim mieszkaniu na Jeżycach, zaciśnięte usta, wzrok wbity w moją bluzkę (za bardzo wydekoltowaną jej zdaniem). — A czym ty się zajmujesz? — zapytała lodowatym tonem. — Studiuję psychologię — odpowiedziałam z uśmiechem. — Aha. Czyli będziesz ludziom wmawiać, że mają problemy? — skwitowała i odwróciła się do syna.
Od tamtej pory każda nasza wizyta była walką o przetrwanie. Gdy ogłosiliśmy zaręczyny, pani Halina nie kryła rozczarowania. — Michałku, jesteś pewien? Przecież ona nawet nie umie gotować rosołu! — mówiła przy każdej okazji. Kiedy zaprosiliśmy ją na ślub, przyszła tylko na ceremonię w kościele i wyszła zaraz po przysiędze, rzucając mi pod nosem: — Jeszcze zobaczymy, ile to potrwa.
Po ślubie zamieszkaliśmy w dwupokojowym mieszkaniu na Winogradach. Byliśmy szczęśliwi przez pierwsze tygodnie, dopóki pani Halina nie zaczęła pojawiać się bez zapowiedzi. Potrafiła przyjść o ósmej rano w sobotę i wejść do mieszkania z własnym kluczem (który Michał dał jej „na wszelki wypadek”). Zastawałam ją w kuchni, gdzie przestawiała garnki i komentowała: — U mnie to zawsze był porządek. U ciebie wszystko leży byle jak.
Najgorsze zaczęło się po narodzinach naszej córki, Zosi. Pani Halina uznała, że nikt oprócz niej nie wie, jak wychować dziecko. Przychodziła codziennie i wytykała mi każdy błąd: — Nie noś jej tak! Przeziębisz ją! Nie karm jej tym mlekiem! Ja ci pokażę, jak się robi kaszkę! Czułam się jak intruz we własnym domu.
Pewnego dnia nie wytrzymałam. Zastałam ją w pokoju Zosi, jak przeszukuje szafkę z ubrankami. — Czego pani szuka? — zapytałam ostro. — Sprawdzam tylko, czy wszystko jest czyste. Dziecko powinno mieć porządek! — odpowiedziała bez cienia skruchy.
Wieczorem wybuchłam płaczem przy Michale. — Albo ona przestanie tu przychodzić kiedy chce, albo ja zwariuję! — krzyczałam przez łzy. Michał próbował mnie uspokoić: — To moja mama… Ona się martwi…
— Martwi? Ona chce mieć nad nami kontrolę! — odpowiedziałam ostro.
Zaczęły się kłótnie między nami. Michał był rozdarty między mną a matką. Pani Halina dzwoniła do niego codziennie i wypytywała: — Czy ona ci gotuje obiad? Czy masz czyste koszule? Czy Zosia była dziś na spacerze? W końcu zaczęłam unikać spotkań rodzinnych. Na święta jeździliśmy do moich rodziców do Kalisza, bo tam czułam się swobodnie.
Pewnego dnia pani Halina przyszła z walizką i oznajmiła: — Zostanę tu na kilka dni, bo mam remont łazienki. Byłam wtedy w ósmym miesiącu ciąży z drugim dzieckiem. Przez tydzień żyliśmy jak na polu minowym. Każde moje słowo było krytykowane: — Nie powinnaś tyle siedzieć! Nie powinnaś tyle jeść! Nie powinnaś oglądać telewizji!
W końcu powiedziałam do Michała: — Albo twoja mama wraca do siebie, albo ja jadę do rodziców.
Michał zebrał się na odwagę i porozmawiał z matką. Skończyło się awanturą: — Ty wybierasz ją zamiast mnie?! Po tym wszystkim?!
Pani Halina wyszła trzaskając drzwiami i przez dwa miesiące nie odzywała się do nas wcale. Myślałam, że to koniec problemów… Ale myliłam się.
Po narodzinach Antosia pani Halina wróciła ze zdwojoną siłą. Przynosiła własne jedzenie dla dzieci („bo twoje jest za tłuste”), krytykowała mój sposób karmienia piersią („to już nie te czasy!”) i rozpowiadała po rodzinie Michała, że jestem leniwa i zaniedbuję dom.
Zaczęłam mieć stany lękowe. Bałam się każdego dzwonka do drzwi. Moja mama mówiła: — Musisz być twarda! Ale ja czułam się coraz słabsza.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie szwagierka, Kasia:
— Słuchaj, Halina opowiada wszystkim na imieninach cioci Basi, że ty nie pozwalasz jej widywać wnuków.
— To bzdura! Ona może przychodzić… tylko nie codziennie!
— Wiem… Ale ona jest uparta.
Zaczęłam rozmawiać z innymi mamami na placu zabaw. Okazało się, że nie jestem sama. Jedna z nich powiedziała: — Moja teściowa też mnie kontroluje… Ale ja postawiłam granice i teraz jest lepiej.
Zebrałam się na odwagę i napisałam do pani Haliny list:
„Szanowna Pani Halino,
Bardzo proszę o szacunek dla naszej rodziny i naszego czasu. Chcemy wychowywać dzieci po swojemu. Proszę o wcześniejsze umawianie wizyt.”
Odpowiedź przyszła po tygodniu:
„Skoro tak bardzo ci przeszkadzam, to już nigdy nie zobaczysz moich wnuków.”
Michał był załamany:
— Co teraz?
— Teraz żyjemy swoim życiem.
Minęły trzy miesiące ciszy. Dzieci zaczęły pytać o babcię. Zosia płakała: — Mamo, dlaczego babcia nas nie odwiedza?
W końcu pani Halina zadzwoniła do Michała:
— Synku… Może byście przyszli na obiad?
Poszliśmy całą rodziną. Było sztywno, ale spokojnie. Pani Halina próbowała udawać miłą babcię, ale widziałam w jej oczach żal i dumę.
Dziś nasze relacje są poprawne tylko na pokaz. Spotykamy się raz w miesiącu na obiedzie u niej lub u nas. Dzieci mają kontakt z babcią, ale ja już nigdy nie pozwolę jej wejść do mojego życia tak głęboko jak kiedyś.
Czasem patrzę na Michała i zastanawiam się: czy można być szczęśliwym między młotem a kowadłem? Czy ktoś z Was miał odwagę postawić granice rodzinie męża lub żony? Jak sobie radzicie z toksycznymi relacjami?