Strażnik Przeznaczenia: Zima, która zmieniła wszystko

— Panie Michał, proszę podpisać listę obecności — recepcjonistka spojrzała na mnie spod grzywki, a jej głos drżał lekko, jakby bała się, że zaraz coś się wydarzy. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem Nowaka. Stał przy drzwiach wejściowych, wyprostowany jak struna, w czarnym mundurze z naszywką agencji ochrony. Jego oczy — szare, zimne — przeszyły mnie na wskroś. Przez chwilę miałem wrażenie, że widzi mnie na wylot, że zna wszystkie moje sekrety.

— Dzień dobry — rzucił krótko, bez uśmiechu. Jego głos był twardy, z ledwo wyczuwalnym akcentem. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, jak bardzo zmieni moje życie.

W zakładzie od razu zaczęły krążyć plotki. Ktoś mówił, że Nowak był kiedyś policjantem, ktoś inny — że uciekł z wojska. Recepcjonistka szeptała, że przysłali go z agencji na zastępstwo po tym, jak poprzedni strażnik nagle zniknął. Dokumenty miał w porządku, zawsze trzeźwy, opanowany. Ale coś w nim było niepokojącego. Uprzejmy, ale zdystansowany. Jakby nie był stąd.

Zimą w Łodzi wszystko wydaje się bardziej szare i przytłaczające. Śnieg miesza się z błotem, a mróz szczypie w policzki. W domu coraz częściej kłóciłem się z żoną, Martą. Martwiła się o nasze rachunki, o syna, który zaczął przynosić gorsze oceny ze szkoły. Ja byłem coraz bardziej zmęczony i rozdrażniony. Praca w zakładzie była monotonna, a atmosfera gęstniała z każdym dniem.

Pewnego wieczoru zostałem dłużej w pracy. Musiałem skończyć raport dla kierownika. Gdy wychodziłem z biura, korytarz był pusty i cichy. Tylko światło z portierni rzucało długi cień na podłogę. Nowak siedział za biurkiem, czytał jakąś starą książkę.

— Dobranoc — powiedziałem niepewnie.

Podniósł wzrok i spojrzał na mnie tak przenikliwie, że aż się zatrzymałem.

— Pan Michał… — zaczął powoli. — Czasem trzeba uważać na to, co się zostawia za sobą.

Zamarłem. Co on miał na myśli? Czy wiedział o moich problemach w domu? O tym, że czasem wypijam za dużo po pracy? O długu u sąsiada?

— O co panu chodzi? — zapytałem ostrożnie.

Uśmiechnął się lekko, ale ten uśmiech był zimny jak lód.

— Nic szczególnego. Dobranoc.

Przez całą drogę do domu czułem jego spojrzenie na plecach.

Od tego dnia zacząłem go unikać. Ale im bardziej próbowałem nie zwracać na niego uwagi, tym częściej go spotykałem. W stołówce, na korytarzu, nawet pod sklepem osiedlowym wieczorem. Zawsze ten sam chłodny wzrok i uprzejmy dystans.

W domu atmosfera była coraz gorsza. Marta zaczęła podejrzewać mnie o romans.

— Michał, czemu jesteś taki nerwowy? Z kim rozmawiasz przez telefon wieczorami? — pytała z wyrzutem.

— Przestań! Mam dość twoich podejrzeń! — wybuchłem pewnego dnia i trzasnąłem drzwiami.

Syn zamknął się w swoim pokoju i nie chciał ze mną rozmawiać.

W pracy zaczęły ginąć drobne rzeczy — narzędzia, dokumenty. Kierownik zarządził kontrole i przesłuchania. Wszyscy patrzyli na siebie podejrzliwie. Nowak był wszędzie — cichy obserwator, który notował coś w swoim notesie.

Pewnego dnia wezwał mnie do portierni.

— Panie Michał — powiedział spokojnie — czy może mi pan powiedzieć, gdzie był pan wczoraj po południu?

Zacząłem się jąkać.

— Byłem… w magazynie… potem w stołówce…

— Kto może to potwierdzić?

Zacisnąłem pięści pod stołem.

— Co pan sugeruje?

Spojrzał na mnie długo i ciężko westchnął.

— Czasem ludzie robią rzeczy, których potem żałują. Ale prawda zawsze wychodzi na jaw.

Wyszedłem stamtąd czerwony ze złości i upokorzenia. Koledzy zaczęli mnie unikać. Nawet Marta patrzyła na mnie podejrzliwie.

W nocy nie mogłem spać. Siedziałem przy kuchennym stole i patrzyłem przez okno na śnieg spadający pod latarnią. Czułem się osaczony — przez Nowaka, przez rodzinę, przez własne lęki.

Kilka dni później wybuchła afera — ktoś wyniósł z zakładu drogi sprzęt. Policja przyjechała rano i zaczęła przesłuchania. Nowak stał obok funkcjonariuszy i notował coś w swoim notesie.

Wezwali mnie do pokoju kierownika.

— Panie Michał — zaczął policjant — czy może pan wyjaśnić swoją obecność w magazynie po godzinach?

Zacząłem tłumaczyć się nerwowo, ale nikt mi nie wierzył. Marta przyszła do zakładu zapłakana.

— Michał… co ty narobiłeś? — szepnęła przez łzy.

Chciałem krzyczeć, że jestem niewinny, ale nikt nie słuchał.

W końcu okazało się, że złodziejem był ktoś zupełnie inny — młody chłopak z produkcji. Ale ja już byłem napiętnowany. Koledzy odwracali wzrok, Marta przestała ze mną rozmawiać, syn zamknął się jeszcze bardziej w sobie.

Nowak odszedł tak nagle, jak się pojawił. Pewnego dnia po prostu go nie było. Recepcjonistka powiedziała tylko:

— Wyjechał… Podobno dostał nowy przydział.

Zostałem sam ze swoimi myślami i rozbitym życiem rodzinnym. Zastanawiam się teraz: czy to przeznaczenie postawiło Nowaka na mojej drodze? Czy może sam jestem winien temu wszystkiemu? Może czasem to nie obcy są naszymi największymi wrogami… tylko my sami?