Dzień, w którym mój świat runął: Wizyta Marii, która zmieniła wszystko

– Znowu nie zamknęłaś drzwi na klucz! – krzyknęła mama z kuchni, a ja poczułam znajome ukłucie irytacji. Był wtorek, zwykły dzień, w którym wszystko miało być przewidywalne. Ale wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Otworzyłam je bez zastanowienia i zobaczyłam Marię – moją dawną przyjaciółkę ze szkoły, której nie widziałam od lat. Obok niej stał chłopiec, może dziesięcioletni, z wielkimi oczami i plecakiem przewieszonym przez ramię.

– Cześć, Aniu – powiedziała cicho Maria. – Czy możemy wejść?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przez chwilę patrzyłam na nią, próbując zrozumieć, dlaczego przyszła właśnie teraz. Wpuściłam ich do środka, czując narastający niepokój.

– To mój syn, Michał – przedstawiła chłopca. – Przepraszam, że tak bez zapowiedzi…

Mama wyszła z kuchni i spojrzała na nas zaskoczona. – Dzień dobry…

Maria uśmiechnęła się blado. – Przepraszam, że przeszkadzam. Potrzebuję pomocy.

Zapanowała niezręczna cisza. Mama spojrzała na mnie pytająco, a ja tylko wzruszyłam ramionami. Maria usiadła na kanapie i zaczęła opowiadać swoją historię: o tym, jak jej mąż zostawił ją kilka miesięcy temu, jak straciła pracę i jak nie ma już dokąd pójść. Michał siedział cicho obok niej, ściskając kurczowo rąbek jej płaszcza.

– Nie mam nikogo innego – powiedziała Maria łamiącym się głosem. – Pomyślałam… może moglibyśmy zostać u was przez kilka dni?

Mama spojrzała na mnie z wyrzutem, jakby to była moja wina. – Aniu, możemy porozmawiać?

Wyszłyśmy do kuchni. – Dlaczego ona przyszła akurat do nas? – syknęła mama. – Przecież ledwo ją znasz!

– Byłyśmy kiedyś blisko…

– To nie jest nasza odpowiedzialność! – przerwała mi ostro. – Mamy własne problemy.

Wróciłyśmy do salonu. Maria patrzyła na mnie błagalnie. Czułam się rozdarta między lojalnością wobec rodziny a współczuciem dla niej i jej syna.

– Możecie zostać – powiedziałam w końcu cicho.

Mama westchnęła ciężko, ale nic nie powiedziała.

Pierwsze dni były trudne. Michał był zamknięty w sobie, nie odzywał się prawie wcale. Maria próbowała być pomocna, gotowała obiady, sprzątała, ale mama patrzyła na nią z niechęcią. Wieczorami słyszałam ich szepty za ścianą – mama narzekała, że nie stać nas na dodatkowe osoby, że Maria powinna szukać pomocy gdzie indziej.

Pewnego wieczoru usłyszałam płacz Marii w łazience. Weszłam do niej bez pukania.

– Przepraszam… Nie powinnam była tu przychodzić – wyszeptała przez łzy.

– Nie mów tak – odpowiedziałam, choć sama nie byłam tego pewna.

Następnego dnia mama wybuchła przy śniadaniu:

– Ile jeszcze zamierzacie tu siedzieć? Myślisz, że ktoś ci pomoże za darmo? Każdy ma swoje życie!

Maria spuściła głowę. Michał wybiegł z kuchni i zatrzasnął się w pokoju.

– Mamo! – krzyknęłam. – To nie jest w porządku!

– A co ty byś zrobiła na moim miejscu? – zapytała zimno.

Nie wiedziałam.

Wieczorem Maria podjęła decyzję:

– Jutro wyjdziemy. Przepraszam za wszystko.

Nie spałam tej nocy. Zastanawiałam się, czy mogłam zrobić coś więcej. Czy powinnam była sprzeciwić się mamie? Czy mogłam pomóc Marii znaleźć pracę albo mieszkanie? Zamiast tego pozwoliłam jej odejść z poczuciem winy i upokorzenia.

Rano pożegnałyśmy się w milczeniu. Michał nawet na mnie nie spojrzał.

Minęły tygodnie, a ja wciąż myślę o tamtym dniu. Czasem widzę Marię na ulicy – wygląda na zmęczoną i starszą niż kiedyś. Michał idzie obok niej ze spuszczoną głową.

Czy naprawdę zrobiłam wszystko, co mogłam? Czy odpowiedzialność za drugiego człowieka kończy się tam, gdzie zaczynają się nasze własne problemy? Może czasem łatwiej jest odwrócić wzrok niż zmierzyć się z cudzym cierpieniem… Ale czy to znaczy, że jesteśmy lepsi?