Sąsiadka, która nigdy nie miała dość: Jak nauczyłam się mówić „nie” w swoim własnym domu
— Marta, kochanie, mogłabyś mi znowu przynieść te zakupy? Wiesz, te ciężkie ziemniaki… — głos pani Haliny rozległ się zza drzwi, zanim jeszcze zdążyłam zdjąć buty po pracy. Był piątek, godzina osiemnasta. Marzyłam tylko o ciszy i kubku herbaty. Ale zamiast tego poczułam znajome ukłucie niepokoju.
Otworzyłam drzwi. Pani Halina stała w progu, ubrana w swój znoszony szlafrok, z wyrazem oczekiwania na twarzy. Miała siedemdziesiąt lat, była wdową i od początku mojego zamieszkania na Pradze traktowała mnie jak swoją osobistą pomoc domową. Najpierw były drobne przysługi: wyniesienie śmieci, podlanie kwiatów. Potem przyszły większe prośby: zakupy, naprawa cieknącego kranu, odbieranie paczek. Zawsze z tym samym tonem — jakby to było oczywiste.
— Oczywiście, pani Halino — odpowiedziałam automatycznie, choć w środku czułam bunt. — Ale wie pani, miałam dziś ciężki dzień w pracy…
— Oj tam, młoda jesteś, dasz radę! — przerwała mi bezceremonialnie. — Ja już nie mam siły.
Zamknęłam za sobą drzwi i poczułam, jak narasta we mnie frustracja. Ile jeszcze? Ile razy pozwolę jej przekraczać moje granice? W głowie słyszałam głos mojej mamy: „Bądź dobra dla starszych ludzi”. Ale czy bycie dobrym oznacza pozwalanie na wykorzystywanie?
Wróciłam z zakupami po godzinie. Pani Halina nawet nie podziękowała. — Połóż na stole — rzuciła tylko. — A jakbyś mogła jeszcze jutro zajrzeć do mnie rano, bo telewizor mi coś szwankuje.
Przez całą noc przewracałam się z boku na bok. Wspomnienia z dzieciństwa wracały falami: tata, który zawsze pomagał wszystkim sąsiadom, nawet kosztem własnej rodziny; mama, która nigdy nie umiała odmówić ciotce Zosi. Czy ja też taka jestem? Czy potrafię powiedzieć „dość”?
Rano zadzwoniła moja siostra Ania.
— Marta, ty znowu robisz za złotą rączkę u tej Haliny? — zapytała z przekąsem.
— Przesadzasz… Ona jest sama…
— Sama? Przecież ma syna! Widziałam go ostatnio pod blokiem.
Zatkało mnie. Rzeczywiście, kilka razy widziałam młodego mężczyznę wychodzącego z mieszkania pani Haliny. Nigdy się nie przedstawił. Zawsze patrzył na mnie z góry.
— Może powinnaś z nią porozmawiać — dodała Ania. — Albo przynajmniej postawić granice.
Przez cały dzień biłam się z myślami. W pracy nie mogłam się skupić, a szefowa zwróciła mi uwagę na spóźnienie. Kiedy wróciłam do domu, czekała już na mnie kartka przy drzwiach: „Marta! Proszę o pomoc przy oknach – trzeba umyć!”
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Zadzwoniłam do drzwi pani Haliny.
— Dzień dobry — powiedziałam stanowczo. — Musimy porozmawiać.
Spojrzała na mnie zdziwiona.
— O co chodzi?
— Pani Halino, bardzo panią szanuję i rozumiem, że czasem potrzebuje pani pomocy. Ale ja też mam swoje życie, pracę i obowiązki. Nie mogę być zawsze do dyspozycji.
Zamilkła na chwilę. W jej oczach pojawił się cień gniewu.
— No tak… Młodzi teraz tacy samolubni… Kiedyś to ludzie sobie pomagali…
Poczułam ukłucie winy, ale nie ustąpiłam.
— To nie jest kwestia egoizmu. Chodzi o szacunek do siebie i do innych. Proszę zadzwonić do syna albo poprosić o pomoc sąsiadów na zmianę.
Z trzaskiem zamknęła drzwi przed moim nosem.
Przez kolejne dni panowała cisza. Czułam ulgę, ale też niepokój. Spotykałyśmy się na klatce schodowej — patrzyła na mnie spode łba albo ostentacyjnie ignorowała.
Wkrótce zaczęły się plotki. Pani Zofia z drugiego piętra zagadnęła mnie na schodach:
— Słyszałam, że już nie pomagasz Halinie… Taka młoda dziewczyna…
— Pomagałam przez rok — odpowiedziałam cicho. — Teraz muszę zadbać też o siebie.
Wieczorem zadzwonił domofon. To był syn pani Haliny.
— Proszę się nie przejmować moją matką — powiedział chłodno. — Ona zawsze tak robi. Zawsze ktoś musi być pod ręką.
Poczułam ulgę i smutek jednocześnie. Czy naprawdę musiałam przejść przez tyle upokorzeń, żeby ktoś inny to zauważył?
Minęły tygodnie. Pani Halina zaczęła korzystać z pomocy opiekunki społecznej. Ja nauczyłam się mówić „nie” – nie tylko jej, ale też koleżankom w pracy i rodzinie. Zaczęłam dbać o siebie: chodzić na spacery, czytać książki bez poczucia winy.
Czasem mijamy się na klatce schodowej. Już nie czuję lęku ani gniewu – tylko smutek i współczucie dla kobiety, która nigdy nie nauczyła się prosić o pomoc bez manipulacji.
Czy naprawdę trzeba aż tyle odwagi, by postawić granice? A może to świat powinien nauczyć się szanować cudze „nie”? Co wy o tym myślicie?