„Spakuj się i wracaj do mamy!” – Jak moja teściowa rozbiła naszą rodzinę po narodzinach syna
– Znowu nie przewinęłaś małego? – głos Barbary rozbrzmiał w kuchni ostrzej niż dźwięk tłuczonego szkła. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w pianie, a łzy już cisnęły mi się do oczu. – Przecież mówiłam ci, że pieluszki trzeba zmieniać co dwie godziny! – dodała, rzucając mi spojrzenie pełne dezaprobaty.
Nie odpowiedziałam. W głowie miałam tylko jedno: „To mój dom. To moje dziecko. Dlaczego czuję się tu jak gość?”
Kiedy urodził się Staś, wszystko miało być inaczej. Marcin i ja planowaliśmy wspólne wieczory, spacery z wózkiem po parku, ciche rozmowy przy kawie, gdy mały zaśnie. Ale już w pierwszym tygodniu po porodzie Barbara zaproponowała, że „pomoże nam ogarnąć rzeczywistość”. Nie miałam odwagi odmówić – przecież to jego mama, a ja byłam zmęczona i zagubiona.
Barbara wprowadziła się do nas na kilka dni, które zamieniły się w tygodnie. Z każdym dniem przejmowała coraz więcej obowiązków i decyzji. Najpierw gotowała obiady, potem zaczęła urządzać pokój Stasia po swojemu, aż w końcu to ona decydowała, kiedy dziecko śpi, je i wychodzi na spacer.
Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę Marcina z matką:
– Synku, musisz dbać o rodzinę. Twoja żona jest jeszcze niedoświadczona. Ja wiem lepiej, jak wychować dziecko.
– Mamo, ale to nasze dziecko…
– Wiem, co mówię. Zaufaj mi.
Marcin nie miał siły się sprzeciwić. Widziałam to w jego oczach – był rozdarty między mną a matką. Ja natomiast czułam się coraz bardziej niewidzialna. Każda moja decyzja była podważana:
– Nie ubieraj go tak lekko! Przeziębi się!
– Nie karm go teraz, jeszcze nie czas!
– Daj, ja to zrobię lepiej.
Z czasem zaczęłam unikać własnego dziecka. Bałam się, że znów zrobię coś źle. Barbara była wszędzie – nawet w mojej sypialni potrafiła wejść bez pukania, by sprawdzić, czy Staś śpi odpowiednio przykryty.
Moja mama próbowała mnie wspierać przez telefon:
– Aniu, musisz postawić granice. To twój dom!
Ale jak miałam to zrobić? Marcin był coraz bardziej nieobecny – wracał późno z pracy albo zamykał się w łazience z telefonem.
Pewnego dnia nie wytrzymałam. Stałam w kuchni z kubkiem zimnej kawy, kiedy Barbara zaczęła znów mnie pouczać:
– Aniu, ty naprawdę nie masz instynktu macierzyńskiego. Może powinnaś wrócić do swojej mamy na jakiś czas? Ja się tu wszystkim zajmę.
Zamarłam. Poczułam, jakby ktoś mnie spoliczkował.
– To jest mój dom! – wykrzyknęłam pierwszy raz od miesięcy. – Moje dziecko! Proszę cię, wyjdź!
Barbara spojrzała na mnie z pogardą:
– Spakuj się i wracaj do mamy! Marcin sobie poradzi beze mnie i bez ciebie.
Wybiegłam z kuchni i zamknęłam się w łazience. Płakałam długo, aż Staś zaczął płakać razem ze mną. Wtedy poczułam pierwszy raz od dawna przypływ siły. Wzięłam go na ręce i wyszłam z łazienki.
Marcin siedział w salonie z matką.
– Marcinie, musimy porozmawiać – powiedziałam drżącym głosem.
On tylko wzruszył ramionami.
– O czym? Wszystko jest dobrze.
– Nie! Nic nie jest dobrze! Twoja mama rządzi naszym życiem! Ja już nie mogę tak żyć!
Barbara prychnęła:
– Widzisz? Mówiłam ci, że ona sobie nie radzi.
Wtedy coś we mnie pękło.
– Albo ona wyjdzie z naszego domu, albo ja odejdę. Wybieraj.
Zapadła cisza. Marcin patrzył na mnie długo, jakby widział mnie pierwszy raz od miesięcy.
– Mamo… może rzeczywiście powinnaś wrócić do siebie na jakiś czas – powiedział cicho.
Barbara zerwała się z miejsca:
– Pożałujesz tego! – rzuciła i trzasnęła drzwiami.
Myślałam, że teraz wszystko się ułoży. Ale między mną a Marcinem coś pękło na zawsze. On zamknął się jeszcze bardziej w sobie. Unikał rozmów, coraz częściej wychodził z domu bez słowa. Ja próbowałam odbudować relację z synkiem i samą sobą, ale czułam się samotna jak nigdy wcześniej.
Po kilku tygodniach Marcin oznajmił:
– Aniu… ja nie wiem, czy potrafię tak żyć. Może rzeczywiście lepiej będzie, jeśli odpoczniemy od siebie na jakiś czas.
Spakowałam walizkę i wróciłam do mamy. Staś zasnął wtulony we mnie podczas podróży pociągiem do rodzinnego miasta. Patrzyłam przez okno na mijane pola i płakałam cicho.
Dziś mieszkam z mamą i Stasiem w małym mieszkaniu na obrzeżach miasta. Czasem Marcin dzwoni, czasem odwiedza syna. Ale między nami już nie ma tej bliskości. Zastanawiam się codziennie: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy można uratować małżeństwo, jeśli ktoś trzeci przejmuje nad nim kontrolę?
Może powinnam była walczyć wcześniej? A może to wszystko było nieuniknione? Co wy byście zrobili na moim miejscu?