Gdy świat wali się w wieku szesnastu lat – historia Bartka i Magdy

Miałem szesnaście lat, kiedy drzwi do naszego mieszkania na warszawskim Bródnie zatrzasnęły się za mną i Magdą. Stała obok mnie z podkrążonymi oczami, w za dużej kurtce, która nie maskowała już jej zaokrąglonego brzucha. W powietrzu wisiała cisza, przerywana tylko oddechem mojej matki, która patrzyła na nas jak na katastrofę.

– Bartek, co ty wyprawiasz? – głos mamy był cichy, ale drżał od tłumionych emocji.

Ojciec nawet nie podniósł wzroku znad gazety. Wiedziałem, że to jego sposób na radzenie sobie z problemami – udawać, że ich nie ma.

– Magda nie ma gdzie się podziać – powiedziałem. – Jej matka wyrzuciła ją z domu. Ojciec nie żyje. Nie zostawię jej na ulicy.

Mama spojrzała na Magdę. Przez chwilę wydawało mi się, że zobaczyłem w jej oczach współczucie, ale zaraz potem przyszła fala złości.

– A twoja rodzina? – spytała ostro.

Magda spuściła głowę.

– Mama powiedziała, że przyniosłam jej wstyd. Że lepiej żebym się nie pokazywała.

Wiedziałem, że w naszej klatce już huczy od plotek. Pani Zosia z trzeciego piętra widziała nas razem pod sklepem spożywczym i już zdążyła zadzwonić do połowy sąsiadek. W bloku nie było tajemnic.

Ojciec odłożył gazetę i spojrzał na mnie z takim rozczarowaniem, że aż mnie zabolało.

– Synu, masz szesnaście lat. Co ty możesz wiedzieć o życiu? – powiedział cicho.

Ale ja wiedziałem jedno: nie mogłem zostawić Magdy samej. Była sama jak palec, a ja… Ja chciałem być kimś lepszym niż wszyscy dorośli wokół nas.

Pierwsze dni były jak życie na bombie zegarowej. Mama chodziła po domu jak cień, trzaskała garnkami i rozmawiała ze mną tylko wtedy, gdy musiała. Ojciec wychodził do pracy wcześniej niż zwykle i wracał później. Magda spała na moim łóżku, ja na materacu na podłodze. Czułem się jak intruz we własnym domu.

Któregoś wieczoru usłyszałem rozmowę rodziców przez cienką ścianę kuchni:

– Ona jest w ciąży, a Bartek… On jeszcze dziecko! Co ludzie powiedzą? – szeptała mama.
– Może to jego dziecko? – ojciec rzucił podejrzliwie.
– Nie! – mama prawie krzyknęła. – On by mi powiedział…

Zacisnąłem pięści pod kocem. Nikt nie pytał mnie o zdanie. Nikt nie pytał Magdy o jej uczucia.

W szkole było jeszcze gorzej. Koledzy patrzyli na mnie jak na wariata.

– Ty to masz jaja, Bartek – śmiał się Michał z mojej klasy. – Ja bym takiej nawet nie dotknął!

Dziewczyny unikały Magdy jak trędowatej. Nauczyciele udawali, że nic się nie dzieje, ale widziałem ich spojrzenia.

Magda była coraz bardziej zamknięta w sobie. Wieczorami płakała cicho do poduszki. Próbowałem ją pocieszać, ale czułem się bezradny.

– Po co to robisz? – spytała któregoś dnia. – Przecież możesz mieć normalne życie.
– Może nie chcę normalnego życia – odpowiedziałem z uporem.

Ale prawda była taka, że sam nie wiedziałem, czego chcę.

Pewnego dnia przyszła do nas matka Magdy. Stała w drzwiach z zaciętą miną i spojrzała na mnie jak na śmiecia.

– Ty myślisz, że uratujesz moją córkę? Że dasz jej dom? Masz szesnaście lat! Nawet własnych gaci sobie nie pierzesz!

Magda rozpłakała się i wybiegła do łazienki. Ja stałem jak słup soli.

– Proszę pani…
– Nie mów do mnie „proszę pani”! – syknęła. – Lepiej byś się uczył zamiast bawić w dorosłego!

Zamknęła drzwi z hukiem. Mama patrzyła na mnie z wyrzutem.

– Widzisz? To nie jest twoja sprawa.
– Jest! – krzyknąłem pierwszy raz w życiu na matkę. – Bo nikt inny jej nie pomoże!

Po tej awanturze Magda była jeszcze bardziej wycofana. Przestała wychodzić z pokoju. Przestała jeść. Zaczęła mówić o tym, że lepiej by było, gdyby jej nie było.

Bałem się o nią coraz bardziej. Pewnej nocy usłyszałem szelest w kuchni. Zastałem ją przy otwartym oknie, patrzącą w ciemność.

– Chciałam tylko zaczerpnąć powietrza – powiedziała cicho.
Ale widziałem łzy na jej policzkach i drżące dłonie.

Zadzwoniłem wtedy do mojej babci z Pruszkowa. Babcia była inna niż wszyscy dorośli – twarda jak skała, ale miała serce po właściwej stronie.

– Przywieź ją do mnie – powiedziała bez wahania. – Tu nikt jej nie będzie oceniał.

Przekonałem rodziców po długiej kłótni. Mama płakała:
– Bartek… Ty sobie życie zmarnujesz!
– Może wolę zmarnować życie niż być obojętny! – odpowiedziałem przez łzy.

Pojechaliśmy do babci pociągiem. Magda siedziała przy oknie i patrzyła na mijane pola, jakby szukała tam odpowiedzi na wszystkie pytania świata.

W Pruszkowie babcia przyjęła nas jak swoich. Dała Magdzie własny pokój, gotowała dla niej rosół i opowiadała historie o czasach wojny.

– Wtedy dzieci rodziły się w piwnicach i nikt nie pytał o ojca – mówiła babcia z przekąsem. – Ludzie byli biedni, ale mieli serce.

Magda zaczęła powoli wracać do życia. Chodziłyśmy razem na spacery po parku Mazowsze. Czasem śmiała się nawet z żartów babci.

Ale ja czułem się coraz bardziej zagubiony. W szkole miałem zaległości, rodzice przestali dzwonić. Czułem się jakby świat o mnie zapomniał.

Któregoś dnia Magda powiedziała:
– Bartek… Ja chyba wrócę do mamy. Może ona się zmieni…
– Nie rób tego! Ona cię skrzywdzi!
– Ale to moja matka…

Nie potrafiłem jej zatrzymać. Pojechała do Warszawy sama. Babcia przytuliła mnie mocno:
– Synku… Nie uratujesz wszystkich kobiet świata.

Magda wróciła do matki tylko po to, by usłyszeć kolejne wyzwiska i groźby wyrzucenia z domu. Zadzwoniła do mnie po tygodniu:
– Przepraszam… Miałaś rację…
Ale wtedy już byłem innym człowiekiem. Zamknąłem się w sobie. Przestałem wierzyć w to, że dobro zawsze zwycięża.

Minęły miesiące. Magda urodziła synka – Michałka. Pomagałem jej tyle, ile mogłem: przywoziłem pieluchy od babci, czasem przynosiłem jedzenie spod bloku jej matki i zostawiałem pod drzwiami jak złodziej.

W końcu matka Magdy oddała Michałka do rodziny zastępczej „na czas trudnej sytuacji”. Magda trafiła do szpitala psychiatrycznego po próbie samobójczej.

A ja? Siedziałem wieczorami nad zeszytem od matematyki i myślałem: czy mogłem zrobić więcej? Czy mogłem uratować ich oboje?

Dziś mam dwadzieścia sześć lat i własną rodzinę. Ale tamta historia wraca do mnie nocami jak koszmar: twarz Magdy za oknem kuchni; płacz dziecka za ścianą; głos matki mówiący „co ludzie powiedzą?”.

Czy można dorosnąć w jeden dzień? Czy serce nastolatka jest w stanie unieść ciężar całego świata? A może czasem trzeba pozwolić światu runąć i nauczyć się żyć z gruzami?