Nie jestem dobrą gospodynią – historia o miłości, granicach i własnej wartości
– Kata, rozmawiałem z mamą i doszliśmy do wniosku, że nie jesteś dobrą gospodynią.
To zdanie rozbrzmiało w mojej głowie jak wyrok. Stałam w kuchni, z rękami zanurzonymi w pianie, próbując domyć przypalony garnek po wczorajszym bigosie. Zza okna dobiegał gwar ulicy, a ja poczułam, jakby cały świat nagle się zatrzymał. Spojrzałam na Pawła – mojego męża od siedmiu lat – i nie mogłam uwierzyć, że naprawdę to powiedział.
– Co to znaczy? – zapytałam cicho, starając się nie dopuścić do głosu łez.
– Mama uważa, że powinnaś bardziej dbać o dom. Wiesz… obiad nie zawsze jest na czas, pranie czasem leży kilka dni… No i te twoje książki wszędzie…
Zacisnęłam zęby. Wiedziałam, że jego matka, pani Helena, nigdy mnie nie lubiła. Od początku dawała mi do zrozumienia, że nie jestem wystarczająco dobra dla jej syna. Ale żeby Paweł powtarzał jej słowa? To bolało bardziej niż cokolwiek innego.
– Paweł, czy ty naprawdę myślisz to samo? – zapytałam z drżącym głosem.
Wzruszył ramionami, unikając mojego spojrzenia.
– Po prostu… może mogłabyś się bardziej postarać? Wiesz, jak mama prowadziła dom…
Wtedy coś we mnie pękło. Przypomniałam sobie wszystkie te wieczory, kiedy wracałam zmęczona z pracy i jeszcze gotowałam kolację. Przypomniałam sobie, jak sprzątałam po jego kolegach, którzy zostawiali bałagan po meczach piłki nożnej. Przypomniałam sobie, jak rezygnowałam z własnych pasji, żeby mieć więcej czasu na „domowe obowiązki”.
Ale dla Pawła i jego matki to było za mało.
Przez kolejne dni chodziłam jak cień. Każde spojrzenie Pawła przypominało mi tamto zdanie. Zaczęłam obsesyjnie sprzątać, gotować wymyślne obiady, prasować jego koszule na kant. Ale nic nie było wystarczająco dobre. Zawsze znalazł się jakiś szczegół: a to kurz na półce, a to niedoprawiona zupa.
Któregoś wieczoru usłyszałam ich rozmowę przez telefon:
– Mamo, tak… zrobiła dzisiaj schabowego, ale ziemniaki były trochę twarde… Tak, powiedziałem jej…
Poczułam się jak dziecko oceniane przez nauczyciela. Jakby moje życie sprowadzało się do tego, czy ziemniaki są wystarczająco miękkie.
W pracy też nie było łatwo. Koleżanki pytały:
– Coś się stało? Wyglądasz na zmęczoną.
Nie chciałam mówić prawdy. Wstydziłam się przyznać, że mój mąż i jego matka oceniają mnie przez pryzmat czystych podłóg i idealnych obiadów.
Pewnego dnia odwiedziła mnie moja młodsza siostra, Ania. Zawsze była moim wsparciem.
– Kata, co się dzieje? – zapytała bez ogródek.
Opowiedziałam jej wszystko. O słowach Pawła, o rozmowach z teściową, o moim poczuciu bezwartościowości.
Ania spojrzała na mnie poważnie:
– A ty? Co ty o tym myślisz? Czy naprawdę chcesz być tylko gospodynią?
Zamilkłam. Po raz pierwszy od dawna ktoś zapytał mnie o moje uczucia.
Zaczęłam się zastanawiać: kim jestem poza rolą żony i gospodyni? Przecież mam swoje marzenia, pasje… Zawsze kochałam czytać i pisać. Marzyłam o własnej książce. Ale od lat wszystko podporządkowałam domowi i Pawłowi.
Wieczorem podjęłam decyzję. Usiadłam z Pawłem przy stole.
– Musimy porozmawiać – powiedziałam stanowczo.
Spojrzał na mnie zaskoczony.
– Paweł, czy ty mnie jeszcze kochasz? Czy kochasz mnie taką, jaka jestem? Czy tylko wtedy, gdy spełniam oczekiwania twoje i twojej mamy?
Milczał przez chwilę.
– Chcę tylko, żeby było nam dobrze…
– Ale czy to znaczy, że mam przestać być sobą? Mam żyć według zasad twojej mamy?
Nie odpowiedział. Widziałam w jego oczach niepewność.
Tej nocy długo nie spałam. Myślałam o swoim życiu – o tym, ile razy rezygnowałam z siebie dla innych. Ile razy pozwalałam innym decydować o mojej wartości.
Następnego dnia wróciłam do pisania. Otworzyłam stary zeszyt i zaczęłam spisywać swoje myśli. Poczułam ulgę – jakby ktoś zdjął mi z ramion ciężki plecak.
Paweł był coraz bardziej zdystansowany. Czułam, że oddalamy się od siebie. Ale po raz pierwszy od dawna czułam też coś innego – szacunek do samej siebie.
Po kilku tygodniach Paweł przyszedł do mnie wieczorem.
– Kata… przepraszam. Chyba za bardzo słuchałem mamy. Nie chciałem cię zranić.
Spojrzałam na niego uważnie.
– Paweł, musisz zdecydować: czy chcesz mieć żonę czy kopię swojej mamy?
Nie odpowiedział od razu. Widziałam w nim walkę – między lojalnością wobec matki a uczuciem do mnie.
Dziś wiem jedno: nie chcę już nigdy rezygnować z siebie dla cudzych oczekiwań. Chcę być sobą – nawet jeśli to oznacza trudne decyzje i samotność.
Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: gdzie kończy się miłość, a zaczyna poświęcenie siebie? Czy można być szczęśliwym, jeśli ciągle żyje się według cudzych zasad? Może właśnie teraz nadszedł czas, by znaleźć własną odpowiedź.