Moja mała Lejla w sukience Gucci: Czy naprawdę jestem złą matką?
— Znowu ją tak ubrałaś? — głos mojej mamy przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, myjąc kubek po kawie, kiedy weszła i spojrzała na Lejlę, która bawiła się na podłodze w swojej nowej sukience Gucci. — Dziecko wygląda jak lalka, a nie jak normalna dziewczynka! — dodała, nie kryjąc irytacji.
Zacisnęłam zęby. Ile razy jeszcze będę musiała tłumaczyć, że to nie jest kwestia próżności? Że chcę dla Lejli wszystkiego, co najlepsze? Od dnia, gdy ją urodziłam, przysięgłam sobie, że nie zabraknie jej niczego, czego ja sama nie miałam. Sama dorastałam w biedzie, w starych ubraniach po kuzynkach, z imieniem tak pospolitym, że nikt nigdy nie zapamiętywał mnie na dłużej. Chciałam, by Lejla była kimś wyjątkowym. Chciałam, by czuła się kochana i doceniana.
Ale wieś ma swoje prawa. Tutaj każdy widzi wszystko. Kiedy pierwszy raz poszłam z Lejlą do kościoła w tej sukience, spojrzenia paliły mnie jak żar. Szeptali za moimi plecami: „Patrzcie, jaka paniusia! Dziecko w markowych ciuchach, a sama ledwo wiąże koniec z końcem.” Nawet ksiądz rzucił mi dziwne spojrzenie podczas komunii.
Mój mąż, Tomek, początkowo wspierał mnie we wszystkim. — Jeśli cię to uszczęśliwia, kupuj jej te sukienki — mówił. Ale z czasem i on zaczął mieć wątpliwości. — Może przesadzasz? — zapytał pewnego wieczoru, kiedy przeglądałam kolejną stronę z dziecięcą modą. — Przecież ona nawet nie wie, co to Gucci.
— Ale poczuje się wyjątkowa — odpowiedziałam z uporem. — Nie chcę, żeby czuła się gorsza od innych dzieci.
— Od jakich dzieci? — Tomek spojrzał na mnie poważnie. — Tu nie ma innych dzieci w Gucci. Tu są dzieci w Pepco i Lidlu.
Zamilkłam. Może rzeczywiście przesadzałam? Ale przecież to tylko ubranie…
Najgorsze przyszło kilka dni później. Poszłam z Lejlą do sklepu po chleb. Za ladą stała pani Basia, która zawsze miała coś do powiedzenia o wszystkich. — Ooo, jaka śliczna sukieneczka! — powiedziała głośno i przeciągle. — Pewnie kosztowała więcej niż moja pensja.
Za mną ustawiły się sąsiadki. Jedna z nich szepnęła do drugiej: — Ciekawe skąd ona na to bierze…
Poczułam, jak policzki mi płoną. Wyszłam ze sklepu z głową spuszczoną nisko. Lejla patrzyła na mnie zdziwiona swoimi wielkimi oczami.
W domu wybuchłam płaczem. Tomek próbował mnie pocieszyć, ale czułam się coraz bardziej samotna. Nawet moja siostra przestała do mnie dzwonić tak często jak kiedyś.
Wieczorem usiadłam przy łóżku Lejli i patrzyłam na nią przez długi czas. Spała spokojnie, przytulając swoją ulubioną maskotkę. Zastanawiałam się: czy naprawdę robię to dla niej? Czy może próbuję uleczyć swoje własne kompleksy?
Następnego dnia mama przyszła do nas na obiad. — Wiesz, ludzie gadają — zaczęła od progu. — Mówią, że się wywyższasz.
— Nie wywyższam się! — wybuchłam. — Po prostu chcę dla niej lepszego życia!
— A może wystarczy jej twoja miłość? — zapytała cicho mama.
Nie odpowiedziałam. Nie potrafiłam.
Kilka dni później Lejla wróciła z przedszkola smutna. — Mamusiu, dlaczego dzieci mówią, że jestem dziwna? — zapytała cicho.
Serce mi pękło. Usiadłam obok niej i przytuliłam ją mocno.
— Nie jesteś dziwna, jesteś wyjątkowa — wyszeptałam jej do ucha.
Ale w środku czułam niepokój. Czy naprawdę daję jej szczęście? Czy może tylko sprawiam, że czuje się inna?
Wieczorem długo rozmawiałam z Tomkiem.
— Może powinniśmy pozwolić jej być po prostu dzieckiem? — zaproponował delikatnie.
Patrzyłam na niego długo. W końcu skinęłam głową.
Następnego dnia ubrałam Lejlę w zwykłe legginsy i sweterek z Pepco. Była szczęśliwa jak nigdy wcześniej. Biegała po podwórku z innymi dziećmi i śmiała się głośno.
Patrzyłam na nią przez okno i łzy same napływały mi do oczu.
Czy naprawdę jestem złą matką? Czy można kochać za bardzo? Gdzie jest ta cienka granica między troską a przesadą? Może każda matka musi sama ją odnaleźć…