Pięć lat po zdradzie: Czy można jeszcze zaufać? Moja walka o siebie i rodzinę
– Znowu wracasz późno? – zapytałam, starając się, by mój głos nie drżał. Stałam w kuchni, oparta o blat, z kubkiem zimnej już herbaty. Marek rzucił klucze na stół i nawet na mnie nie spojrzał. – Miałem zebranie – mruknął, zdejmując płaszcz. W tej jednej chwili wszystko wróciło: tamten wieczór sprzed pięciu lat, kiedy odkryłam jego zdradę.
Nie wiem, czy kiedykolwiek przestanę słyszeć w głowie ten trzask drzwi i cichy szloch, który wtedy wydobył się z moich ust. Byliśmy wtedy razem już dziesięć lat, mieliśmy dwójkę dzieci – Olę i Michała. Myślałam, że jesteśmy szczęśliwi. Ale tamtego dnia znalazłam w jego telefonie wiadomości od kobiety, której imienia nie znałam. „Tęsknię za tobą” – napisała. „Ja za tobą też” – odpisał Marek.
Przez kilka dni chodziłam jak cień. Nie jadłam, nie spałam. W końcu zebrałam się na odwagę i zapytałam go wprost. „Tak, miałem romans” – powiedział bez emocji. „Ale to już koniec”. Czy można uwierzyć komuś, kto złamał ci serce? Przez pierwsze miesiące byłam jak automat. Dzieci musiały jeść, chodzić do szkoły, a ja musiałam udawać, że wszystko jest w porządku.
Moja mama powtarzała: „Dla dzieci powinniście być razem”. Teściowa udawała, że nic się nie stało. Tylko moja przyjaciółka Ania powiedziała mi prosto w oczy: „Nie musisz z nim być, jeśli nie chcesz”. Ale ja nie wiedziałam, czego chcę. Bałam się samotności bardziej niż bólu.
Marek próbował się starać. Przynosił kwiaty, gotował kolacje, zabierał dzieci na wycieczki. Ale ja widziałam w jego oczach zmęczenie i poczucie winy. Każda kłótnia kończyła się tym samym: „Przecież powiedziałem ci prawdę! Przecież zostałem!” A ja czułam się coraz bardziej samotna.
Najgorzej było wieczorami. Kiedy dzieci spały, a dom cichł, leżałam w łóżku i patrzyłam w sufit. Zastanawiałam się, czy to ja zawiniłam. Może byłam zbyt zajęta dziećmi? Może przestałam być atrakcyjna? Może on po prostu nigdy mnie nie kochał?
Pewnego dnia Ola wróciła ze szkoły zapłakana. „Mamo, dlaczego tata krzyczał na ciebie rano?” – zapytała cicho. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. „Czasem dorośli się kłócą” – odpowiedziałam drżącym głosem. Ale wiedziałam, że dzieci widzą więcej niż myślimy.
Przez te pięć lat próbowałam wszystkiego: terapia małżeńska (Marek wytrzymał trzy spotkania), rozmowy z przyjaciółkami, samotne spacery po parku. Czasem wydawało mi się, że już jest lepiej – śmialiśmy się razem przy stole, planowaliśmy wakacje nad morzem. Ale potem wystarczył jeden telefon od nieznanego numeru i znów czułam ten lodowaty strach.
Najtrudniejsze były święta. Siedzieliśmy przy stole z rodziną Marka, wszyscy udawali szczęśliwych. Jego matka patrzyła na mnie z wyższością, jakby to była moja wina, że jej syn szukał szczęścia gdzie indziej. Mój ojciec milczał przez całą kolację.
Czasem myślę o tej kobiecie – czy była młodsza? Ładniejsza? Czy dawała mu coś, czego ja nie potrafiłam? Nigdy jej nie poznałam, ale jej cień wciąż jest między nami.
Dzieci dorastają szybciej niż myślałam. Michał ma już czternaście lat i coraz częściej zamyka się w swoim pokoju. Ola zaczęła pytać o miłość i związki. Boję się, że przez naszą historię będą bali się zaufać komukolwiek.
Ostatnio Marek zaproponował wspólny wyjazd do Zakopanego. „Może spróbujemy jeszcze raz?” – zapytał cicho. Patrzyłam na niego długo i widziałam w jego oczach strach przed odpowiedzią. Chciałam powiedzieć: „Tak, spróbujmy” – ale coś mnie powstrzymało.
Czasem myślę o rozwodzie. O tym, jak wyglądałoby moje życie bez niego. Czy byłabym szczęśliwsza? Czy dzieci by mnie znienawidziły? Czy potrafiłabym być sama?
Pięć lat minęło, a ja wciąż stoję na rozdrożu. Każdego dnia próbuję wybaczyć – jemu i sobie. Próbuję nauczyć się kochać siebie na nowo.
Czy można naprawdę wybaczyć zdradę? Czy warto walczyć o coś, co już raz się rozpadło? A może czas pozwolić sobie odejść i zacząć żyć dla siebie?