Straciłem ją na zawsze, nie zdążywszy poprosić o wybaczenie. Historia Pawła z Gdańska

Wszystko wydarzyło się w ciągu jednej nocy, a ja nawet nie miałem szansy powiedzieć jej „przepraszam”. Siedzę teraz na zimnej podłodze kuchni, wpatrując się w pustą filiżankę po kawie, którą jeszcze wczoraj zrobiła dla mnie Zofia. Moja żona. Moja Zosia. A może już tylko Zofia – bo przecież od miesięcy byliśmy sobie obcy.

To był zwykły dzień, a jednak od rana czułem narastające napięcie. Zosia krzątała się po mieszkaniu w Gdańsku Wrzeszczu, trzaskała szafkami, zmywała naczynia z przesadną energią. „Możesz ciszej?” – rzuciłem zirytowany, nawet nie patrząc na nią znad laptopa. Odpowiedziała mi tylko ciężkim westchnieniem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to ostatni raz, kiedy słyszę jej głos.

Wieczorem wróciła nasza córka, Marta, z narzeczonym. Miało być miło – kolacja, śmiechy, rodzinne rozmowy. Ale jak zwykle wszystko popsułem. Marta zapytała: „Tato, pomożesz nam z przeprowadzką do nowego mieszkania?”. Zanim zdążyłem odpowiedzieć, Zosia wtrąciła: „Paweł ostatnio nie ma czasu na rodzinę”.

Zrobiło mi się gorąco. – „Może gdybyś sama czasem coś załatwiła, a nie tylko narzekała?” – odburknąłem. Marta spojrzała na mnie z wyrzutem. „Tato, nie musisz być taki ostry”.

Zosia odsunęła talerz i wyszła do sypialni. Słyszałem trzask drzwi. Marta próbowała ratować sytuację: „Może po prostu pogadacie spokojnie? Mama jest ostatnio bardzo przygnębiona”.

– „A ja niby nie mam powodów?” – syknąłem. – „Wszyscy tylko wymagają ode mnie, a kto mnie wysłucha?”

Marta pokręciła głową i wyszła z narzeczonym. Zostałem sam w kuchni. Przez ścianę słyszałem cichy płacz Zosi.

W nocy obudził mnie hałas. Zosia stała w przedpokoju z walizką.

– „Dokąd idziesz?” – spytałem zaspany.

– „Do mamy. Muszę odpocząć od tego wszystkiego.”

– „Znowu uciekasz? Jak dziecko!”

Nie odpowiedziała. Zamknęła za sobą drzwi.

Rano zadzwoniła teściowa: „Paweł… Zosię zabrało pogotowie. Miała zawał.”

Nie pamiętam, jak dotarłem do szpitala na Zaspie. Lekarz wyszedł do mnie na korytarz.

– „Przykro mi… Próbowaliśmy wszystkiego.”

Świat się zatrzymał.

Wróciłem do pustego mieszkania. Wszędzie ślady jej obecności: szalik na krześle, niedopity kubek herbaty, jej ulubiona książka na parapecie. Próbowałem zadzwonić do Marty, ale nie mogłem wydusić słowa przez łzy.

Przez kolejne dni dom był pełen ludzi – rodzina, sąsiedzi, znajomi z pracy Zosi ze szkoły podstawowej nr 48. Każdy coś mówił: „Była taka dobra”, „Zawsze pomagała”, „Zasłużyła na więcej szczęścia”.

A ja? Ja byłem tym złym mężem, który nigdy nie potrafił docenić własnej żony.

Pamiętam nasze początki – studenckie imprezy na Politechnice Gdańskiej, pierwsze wspólne mieszkanie na Morenie, narodziny Marty i potem Tomka. Byliśmy szczęśliwi… przez chwilę.

Potem przyszły kredyty, praca po godzinach, wieczne zmęczenie i frustracja. Zosia próbowała ratować naszą rodzinę – organizowała wspólne wyjazdy nad morze, piekła ciasta na każdą okazję, dbała o dzieci lepiej niż ktokolwiek inny.

A ja? Ja coraz częściej wracałem późno do domu, tłumacząc się korkami lub nadgodzinami. W rzeczywistości siedziałem w samochodzie pod blokiem i bałem się wejść do środka. Bałem się jej rozczarowanego spojrzenia.

Z czasem zaczęliśmy się kłócić o wszystko: o pieniądze, o dzieci, o teściową, o to kto kupi mleko i kto wyprowadzi psa. Każda rozmowa kończyła się awanturą lub milczeniem.

Najgorsze były święta u mojej matki w Kartuzach. Moja mama nigdy nie akceptowała Zosi – uważała ją za zbyt cichą i zamkniętą w sobie. Często mówiła przy stole: „Pawełku, ty zasługujesz na lepszą kobietę”. Zosia wtedy milczała i tylko ściskała moją dłoń pod stołem.

Pewnego razu po powrocie ze świąt wybuchła wielka kłótnia:

– „Dlaczego nigdy mnie nie bronisz przed swoją matką?” – zapytała przez łzy.

– „Bo nie chcę kolejnej awantury!”

– „A ja mam znosić upokorzenia?”

Nie odpowiedziałem. Wyszedłem trzaskając drzwiami.

Od tamtej pory coś się w niej złamało.

Zosia coraz częściej zamykała się w sobie. Przestała opowiadać mi o pracy i dzieciach. Przestała pytać, jak minął mi dzień. Ja też przestałem pytać ją o cokolwiek.

Kiedy Tomek wyjechał na studia do Warszawy i Marta zaczęła planować własne życie, zostaliśmy sami w mieszkaniu pełnym ciszy i wzajemnych pretensji.

Czasem próbowałem naprawić sytuację – kupowałem kwiaty bez okazji albo zabierałem ją do kina na stare polskie filmy, które lubiła. Ale ona tylko uśmiechała się smutno i mówiła:

– „Za późno na kwiaty, Paweł.”

Nie rozumiałem wtedy tego bólu.

Ostatnie tygodnie były najgorsze. Zosia coraz częściej chorowała – bolało ją serce, miała problemy ze snem. Prosiłem ją, żeby poszła do lekarza.

– „Nie mam siły walczyć o siebie… ani o nas.”

Znowu nie wiedziałem co powiedzieć.

A teraz siedzę sam w naszym mieszkaniu i słyszę tylko echo własnych myśli: dlaczego nie potrafiłem jej przeprosić? Dlaczego nie powiedziałem jej choć raz: „Dziękuję”? Dlaczego pozwoliłem jej odejść z tym ciężarem?

Marta nie chce ze mną rozmawiać. Obwinia mnie za śmierć matki – może słusznie? Moja matka dzwoni codziennie i powtarza: „Trzymaj się synku”, ale ja już nie chcę słuchać jej rad.

Czasem wydaje mi się, że słyszę głos Zosi w kuchni albo czuję jej perfumy na poduszce. Wtedy płaczę jak dziecko.

Czy można żyć dalej z takim żalem? Czy można jeszcze komuś wybaczyć – sobie samemu?

Czasami myślę: gdyby ktoś mógł cofnąć czas… Ale czy wtedy naprawdę bym coś zmienił? Czy Wy potrafilibyście wybaczyć komuś takiemu jak ja?