Przypadek nas połączył, los rozdzielił: Historia Marty i Pawła

– Paweł, nie możesz tak po prostu odejść! – krzyknęłam przez łzy, stojąc w progu jego pokoju. W powietrzu unosił się zapach jego perfum, ten sam, który zawsze kojarzył mi się z bezpieczeństwem i domem. Teraz jednak czułam tylko chłód i pustkę.

Paweł spojrzał na mnie z bólem w oczach, ale nie cofnął się ani o krok. – Marta, muszę. Nie rozumiesz? To już nie jest to samo. My… my się pogubiliśmy.

Wtedy świat mi się zawalił. Jeszcze tydzień temu planowaliśmy wspólne studia w Krakowie, ślub w małym kościele na Podkarpaciu, dzieci, dom z ogrodem. Wszystko wydawało się takie pewne, takie nasze. A teraz? Teraz zostałam sama z tysiącem pytań i żadną odpowiedzią.

Poznaliśmy się w pierwszej klasie liceum w Rzeszowie. Paweł był nowy w szkole – wysoki, ciemnowłosy chłopak z uśmiechem, który rozbrajał nawet najbardziej surowych nauczycieli. Ja byłam raczej cicha, zawsze z książką pod pachą, trochę nieśmiała. Połączyła nas przypadkowa rozmowa na przerwie – on zapytał mnie o drogę do sali biologicznej, a ja… zgubiłam wtedy głos. Od tamtej pory byliśmy nierozłączni.

Nasza miłość rosła powoli, dojrzewała z każdym wspólnym spacerem po bulwarach nad Wisłokiem, z każdą kawą wypitą w „Kawiarence pod Aniołem”. Rodzice Pawła od początku patrzyli na mnie podejrzliwie – jego mama, pani Grażyna, zawsze powtarzała: „Pawełku, pamiętaj, żeby nie wiązać się za wcześnie”. Moja mama była zachwycona – „Wreszcie ktoś cię wyciągnie z tych książek!” – śmiała się.

Przez trzy lata liceum byliśmy nierozłączni. Razem uczyliśmy się do matury, razem planowaliśmy przyszłość. Paweł chciał zostać architektem, ja marzyłam o polonistyce. Mieliśmy już nawet upatrzone mieszkanie do wynajęcia w Krakowie – małe, ale nasze.

Wszystko zaczęło się psuć tuż przed maturą. Paweł coraz częściej znikał wieczorami, tłumacząc się nauką lub spotkaniami z kolegami. Ja siedziałam sama w naszym ulubionym parku i czekałam na wiadomość od niego. Zaczęły się kłótnie – o czas, o przyszłość, o to, czy naprawdę jesteśmy dla siebie stworzeni.

Pewnego dnia zobaczyłam go na rynku z Anią – koleżanką z klasy równoległej. Śmiali się do siebie tak beztrosko, jakby świat nie istniał. Poczułam ukłucie zazdrości i strachu. Wieczorem zapytałam go o to wprost.

– Paweł, co cię łączy z Anią?
– Nic! – odpowiedział zbyt szybko. – Po prostu rozmawialiśmy o maturze.

Nie uwierzyłam mu wtedy. Od tamtej pory coś między nami pękło.

Matura minęła jak we śnie. Oboje dostaliśmy się na wymarzone studia w Krakowie. Przeprowadzka miała być nowym początkiem, ale zamiast tego była początkiem końca.

W nowym mieście Paweł zaczął żyć własnym życiem. Poznał nowych ludzi, zaczął chodzić na imprezy, których ja unikałam jak ognia. Coraz częściej wracał późno do mieszkania albo wcale nie wracał na noc. Ja zamykałam się w swoim pokoju i płakałam w poduszkę.

Pewnego wieczoru wrócił pijany. Zaczęliśmy się kłócić – o wszystko i o nic.

– Marta, dusisz mnie! Chcę żyć! – krzyczał.
– A ja? Ja się nie liczę? – odpowiedziałam przez łzy.
– Ty zawsze tylko te swoje książki! Nigdy nie chcesz wyjść do ludzi!

Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że może rzeczywiście do siebie nie pasujemy.

Kilka dni później znalazłam w jego telefonie wiadomości od Ani. „Tęsknię za tobą”, „Kiedy znów się zobaczymy?”. Serce mi pękło na milion kawałków.

Spakowałam swoje rzeczy i wróciłam do Rzeszowa. Mama przyjęła mnie bez słowa pytania – tylko przytuliła mocno i pozwoliła wypłakać się w ramionach.

Przez kolejne tygodnie żyłam jak w letargu. Nie potrafiłam jeść ani spać. Wszystko przypominało mi Pawła – piosenki w radiu, zapach kawy rano, nawet dźwięk tramwaju za oknem.

Po miesiącu zadzwonił do mnie.

– Marta… Przepraszam. Nie powinienem był tak postąpić.
– Za późno, Paweł. Już za późno.

Nie wiem, czy bardziej bolało mnie to rozstanie czy świadomość, że nasze wspólne marzenia rozsypały się jak domek z kart.

Minęły dwa lata. Studiuję polonistykę w Rzeszowie. Paweł czasem pisze do mnie na Messengerze – krótkie wiadomości bez treści: „Jak się masz?”, „Tęsknię”. Nigdy nie odpowiadam.

Czasem spotykam go przypadkiem na ulicy – wygląda inaczej, jakby starszy o dziesięć lat. Słyszałam od znajomych, że jest z Anią. Podobno planują ślub.

A ja? Uczę się żyć na nowo. Czasem myślę o tym wszystkim i zastanawiam się: czy gdybyśmy wtedy inaczej pokierowali naszym życiem, wszystko potoczyłoby się inaczej? Czy można naprawdę zapomnieć pierwszą miłość?

Może wy mi powiecie: czy warto walczyć o coś, co już dawno przestało istnieć? Czy lepiej pozwolić odejść przeszłości i zacząć od nowa?