„Zobacz, do kogo się upodobniłaś!” – Historia o tym, jak jedno zdanie potrafi złamać i zbudować życie na nowo

— Zobacz, do kogo się upodobniłaś! — wykrzyczała mama, trzaskając drzwiami mojej sypialni. Stałam przed lustrem, w starym swetrze, z rozmazanym tuszem pod oczami i tłustymi włosami związanymi w niedbały kok. W rękach ściskałam kubek zimnej już herbaty. To był środek listopada, a ja czułam się jakby ktoś wrzucił mnie do lodowatej wody.

— Do kogo? — zapytałam cicho, choć znałam odpowiedź.

— Do swojej ciotki Ireny! Zawsze narzekała, nigdy nie była zadowolona z życia, a potem została sama jak palec! — Mama patrzyła na mnie z pogardą. — Miałaś być inna. Miałaś być kimś!

Odwróciłam wzrok. W głowie dudniło mi od jej słów. Miałam trzydzieści dwa lata, rozwód za sobą, dwójkę dzieci i kredyt hipoteczny na mieszkanie w bloku na warszawskim Ursynowie. Pracowałam w szkole jako nauczycielka polskiego. Ostatnio coraz częściej łapałam się na tym, że nie mam siły nawet na rozmowę z uczniami.

Mama mieszkała z nami od pół roku, odkąd tata zmarł na zawał. Mówiła, że nie chce być sama. Ale tak naprawdę to ja nie miałam wyboru – po rozwodzie nie było mnie stać na opiekunkę dla dzieci, a ona chętnie przejęła rolę babci. Tyle że jej obecność była jak cień – zawsze krytyczna, zawsze niezadowolona.

— Gdybyś bardziej się starała, Tomek by cię nie zostawił — powtarzała niemal codziennie. — Zobacz na swoją siostrę. Marta ma męża, dom pod Warszawą i dwójkę grzecznych dzieci. Ty? Tylko wieczne pretensje i bałagan.

Wiedziałam, że Marta jest jej oczkiem w głowie. Zawsze była tą lepszą: piękniejszą, szczuplejszą, bardziej przebojową. Ja byłam tą „trudną” – za głośno płakałam jako dziecko, za dużo czytałam książek zamiast pomagać w kuchni.

Tego dnia nie wytrzymałam.

— Mamo, przestań! — krzyknęłam przez łzy. — Nie jestem ciotką Ireną! Nie jestem też Martą! Jestem sobą!

— Sobą? — prychnęła. — Sobą to znaczy kim? Rozwódką z dwójką dzieci i kredytem? Z takim podejściem skończysz jak ona – sama i zgorzkniała!

Wybiegłam z domu. Zostawiłam dzieci pod jej opieką i poszłam przed siebie. Padał deszcz, a ja szłam bez celu po osiedlu. W głowie miałam tylko jedno: „Może rzeczywiście jestem nikim? Może nie zasługuję na nic więcej?”

Wróciłam późno. Dzieci spały. Mama siedziała w kuchni i patrzyła przez okno.

— Przepraszam — powiedziała cicho. — Ale martwię się o ciebie.

Nie odpowiedziałam. Wiedziałam, że jej „martwienie się” to tylko kolejny sposób na kontrolowanie mojego życia.

Nazajutrz zadzwoniła Marta.

— Słyszałam od mamy, że znowu miałyście awanturę — zaczęła bez przywitania.

— Nie chcę o tym rozmawiać — ucięłam.

— Wiesz… mama się starzeje. Może powinnaś być dla niej bardziej wyrozumiała? W końcu ci pomaga.

Poczułam narastającą złość.

— Pomaga? Ciągle mnie krytykuje! Ty tego nie rozumiesz, bo zawsze byłaś jej ulubienicą!

— Przesadzasz — westchnęła Marta. — Może po prostu powinnaś się ogarnąć? Zacznij dbać o siebie, wyjdź do ludzi…

Rozłączyłam się bez słowa.

Wieczorem usiadłam przy stole z dziećmi. Siedmioletnia Hania rysowała serduszka na kartce.

— Mamusiu, dlaczego babcia mówi, że jesteś smutna?

Zatkało mnie.

— Bo czasem dorosłym jest trudno — odpowiedziałam po chwili ciszy.

— Ale ja cię kocham najbardziej na świecie! — Hania przytuliła się do mnie mocno.

Poczułam łzy pod powiekami. Dla niej musiałam być silna.

Następnego dnia w pracy koleżanka z pokoju nauczycielskiego – pani Basia – spojrzała na mnie uważnie.

— Magda… wszystko w porządku?

— Tak… Po prostu trochę zmęczona jestem.

— Wiesz co? Chodź ze mną na jogę po pracy. Trochę ruchu dobrze ci zrobi.

Nie miałam ochoty, ale zgodziłam się dla świętego spokoju.

Na zajęciach poczułam coś dziwnego – pierwszy raz od miesięcy skupiłam się tylko na sobie i swoim oddechu. Po powrocie do domu byłam spokojniejsza.

Mama spojrzała na mnie podejrzliwie.

— Gdzie byłaś tak długo?

— Na jodze.

— Zamiast siedzieć z dziećmi? — Jej ton był lodowaty.

— Dzieci były z tobą. Potrzebuję też czasu dla siebie.

Przewróciła oczami i wyszła z kuchni trzaskając drzwiami.

Wieczorem zadzwonił Tomek – mój były mąż.

— Magda… czy mogę zabrać dzieci na weekend?

— Jasne — odpowiedziałam bez emocji.

— Wszystko u was dobrze?

— Tak…

Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale rozłączyłam się pierwsza.

W sobotę rano mama zaczęła nowy temat:

— Tomek dzwonił do mnie wczoraj wieczorem. Powiedział, że wyglądasz coraz gorzej. Może powinnaś pójść do fryzjera?

Poczułam narastającą frustrację.

— Mamo! Przestań komentować mój wygląd! Mam dość!

Spojrzała na mnie zaskoczona moją stanowczością.

— Nie musisz być taka opryskliwa…

Wyszłam z kuchni i zamknęłam się w łazience. Spojrzałam w lustro – faktycznie wyglądałam źle: podkrążone oczy, zmarszczki na czole, włosy bez życia. Ale pierwszy raz pomyślałam: „To moje życie. Moje zmarszczki. Moje wybory.”

W niedzielę zabrałam dzieci do parku linowego pod Warszawą. Śmiałyśmy się razem na linach i przeszkodach. Poczułam radość – prawdziwą, nieudawaną.

Wieczorem zadzwonił do mnie kolega ze studiów – Paweł. Od lat pisaliśmy do siebie sporadycznie na Facebooku.

— Magda… widziałem twoje zdjęcie z parku linowego. Wyglądałaś na szczęśliwą!

Zaśmiałam się szczerze pierwszy raz od miesięcy.

— Dzięki… Staram się żyć normalnie mimo wszystko.

Zaproponował spotkanie przy kawie w centrum miasta. Zgodziłam się – trochę z ciekawości, trochę z potrzeby rozmowy z kimś spoza rodziny.

Spotkaliśmy się tydzień później w kawiarni przy Nowym Świecie. Paweł był taki sam jak kiedyś – dowcipny, ciepły, uważny. Rozmawialiśmy godzinami o wszystkim: pracy, dzieciach, życiu po rozwodzie (on też był po przejściach).

Po spotkaniu wróciłam do domu lekka jak piórko. Mama spojrzała na mnie podejrzliwie:

— Gdzie byłaś?

— Na kawie ze znajomym.

— Znowu zostawiłaś dzieci ze mną?

Westchnęłam ciężko:

— Mamo… dzieci są już duże. Potrzebuję też czasu dla siebie!

Tym razem nie odpowiedziała nic – tylko pokręciła głową i poszła do swojego pokoju.

Z czasem zaczęłam coraz częściej wychodzić – joga raz w tygodniu, spotkania z Pawłem (które powoli przeradzały się w coś więcej), spacery z dziećmi po lesie Kabackim. Zaczęłam dbać o siebie: fryzjer raz na dwa miesiące, nowe ubrania kupione za własne pieniądze (nie konsultowane z mamą!).

Mama coraz częściej narzekała:

— Nie poznaję cię! Stajesz się egoistką!

Ale ja czułam się coraz lepiej we własnej skórze.

Pewnego dnia Marta zadzwoniła zapłakana:

— Magda… Michał mnie zdradził…

Przez chwilę nie wiedziałam co powiedzieć. Zawsze była tą idealną siostrą – dom pod Warszawą, mąż prawnik…

Pojechałam do niej tego samego dnia. Siedziałyśmy razem na kanapie popijając herbatę.

— Myślałam, że mnie to nigdy nie spotka…

Przytuliłam ją mocno:

— Życie nikogo nie oszczędza…

Po tej rozmowie coś się zmieniło między nami – pierwszy raz poczułyśmy się sobie bliskie naprawdę, bez rywalizacji i porównań narzucanych przez mamę.

Kilka tygodni później mama zachorowała – zapalenie płuc przykuło ją do łóżka na dwa tygodnie. Opiekowałyśmy się nią razem z Martą na zmianę. Wtedy pierwszy raz usłyszałam od niej słowa:

— Może byłam dla ciebie za surowa… Ale chciałam cię ochronić przed samotnością…

Popatrzyłam jej prosto w oczy:

— Mamo… czasem twoje słowa bolały bardziej niż samotność…

Po chorobie mama stała się spokojniejsza – mniej krytykowała, więcej słuchała wnuków i nawet zaczęła chodzić ze mną na spacery po osiedlu.

Dziś mija dwa lata od tamtej pamiętnej kłótni w sypialni. Jestem inną kobietą: silniejszą, pogodniejszą i bardziej pewną siebie niż kiedykolwiek wcześniej. Paweł jest częścią naszego życia – dzieci go uwielbiają, a ja czuję się przy nim akceptowana taka jaka jestem: ze zmarszczkami, kilogramami po dwóch ciążach i całą historią za sobą.

Czasem patrzę w lustro i pytam samą siebie: „Czy naprawdę musiałam przejść przez tyle bólu i upokorzeń, żeby nauczyć się kochać siebie?” A może to właśnie one uczyniły mnie silną?