Dziesięć lat później: Kiedy Piotr wrócił znikąd, wszystko się zmieniło
— Co ty tutaj robisz? — wykrztusiłam, ledwo łapiąc oddech. Stał w progu naszego mieszkania, dokładnie tak, jak dziesięć lat temu, kiedy wyszedł po chleb i nigdy nie wrócił. Piotr. Mój mąż. Ojciec moich dzieci. Człowiek, którego twarz przez lata próbowałam wymazać z pamięci, a który teraz stał przede mną, starszy, wychudzony, z oczami pełnymi cienia.
Nie wiedziałam, czy mam go uderzyć, czy rzucić mu się na szyję. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu, a czas jakby się zatrzymał. W głowie dudniły mi pytania: Dlaczego? Gdzie byłeś? Jak mogłeś nas zostawić?
— Aniu… — zaczął cicho, a ja poczułam, jak cała złość i żal, które przez lata gromadziłam w sobie, zaczynają kipieć. — Wiem, że nie mam prawa tu być. Ale musiałem wrócić. Musiałem ci wszystko wyjaśnić.
— Wyjaśnić? — przerwałam mu ostro. — Przez dziesięć lat nie dostałam od ciebie ani jednego słowa! Dzieci pytały o ciebie każdego dnia! A ty… ty po prostu zniknąłeś!
Piotr spuścił głowę. Widziałam, jak drżą mu ręce. Przez chwilę miałam ochotę go przytulić — tak bardzo był mi kiedyś bliski — ale zaraz potem przypomniałam sobie wszystkie samotne noce, łzy dzieci i własną rozpacz.
— Wiem, że nie zasługuję na przebaczenie — powiedział cicho. — Ale proszę cię… pozwól mi chociaż porozmawiać z dziećmi.
Zamknęłam oczy. Przez tyle lat próbowałam być silna — dla siebie i dla nich. Pracowałam na dwa etaty, żeby niczego im nie brakowało. Byłam matką i ojcem jednocześnie. Każdego dnia walczyłam z poczuciem winy, że nie potrafiłam ich ochronić przed tym bólem.
— One już nie są dziećmi — powiedziałam w końcu. — Dorosły bez ciebie. I nie wiem, czy chcą cię jeszcze widzieć.
Piotr westchnął ciężko i usiadł na krześle przy drzwiach. Przez chwilę patrzył na zdjęcia na ścianie — nasze dzieci na studniówce, ja z nimi na wakacjach nad Bałtykiem, święta bez niego. Widziałam w jego oczach żal i tęsknotę.
— Aniu… ja wtedy nie potrafiłem inaczej. Wszystko mnie przerosło. Praca, kredyty, odpowiedzialność… Czułem się jak w pułapce. I wtedy… poznałem kogoś.
Zamarłam. Wiedziałam to gdzieś głęboko w sobie od dawna, ale nigdy nie miałam odwagi zapytać wprost.
— Zdradziłeś mnie? — spytałam szeptem.
Piotr skinął głową.
— Tak. Ale to nie była miłość. To była ucieczka przed samym sobą. Myślałem, że jeśli zacznę wszystko od nowa, będzie łatwiej… Ale to była iluzja. Po kilku miesiącach zostałem sam. Straciłem wszystko: ciebie, dzieci, dom… Przez lata żyłem jak cień człowieka.
Poczułam łzy napływające do oczu. Chciałam go nienawidzić, ale widząc jego skruchę i ból, nie potrafiłam już być tylko wściekła.
— Dlaczego wróciłeś właśnie teraz? — zapytałam.
— Bo dowiedziałem się, że nasz syn jest w szpitalu — odpowiedział cicho. — Proszę cię… pozwól mi go zobaczyć.
Serce mi zamarło. Michał miał wypadek dwa tygodnie temu — potrącił go samochód na przejściu dla pieszych. Od tamtej pory leżał w szpitalu ze złamaną nogą i wstrząsem mózgu. Nie wiedziałam, skąd Piotr się o tym dowiedział.
— Skąd wiesz? — spytałam ostrożnie.
— Twoja siostra napisała do mnie na Facebooku. Powiedziała mi wszystko… Aniu, błagam cię…
Przez chwilę walczyłam ze sobą. Chciałam go wygonić z domu i zamknąć drzwi na zawsze. Ale potem pomyślałam o Michale — o tym, jak bardzo brakowało mu ojca przez te wszystkie lata.
— Dobrze — powiedziałam w końcu zmęczonym głosem. — Ale jeśli zrobisz im jeszcze raz krzywdę… przysięgam, że już nigdy cię nie zobaczą.
Piotr skinął głową i otarł łzy z policzków.
Wieczorem pojechaliśmy razem do szpitala. Michał leżał na łóżku z książką w ręku. Gdy zobaczył ojca w drzwiach, przez chwilę patrzył na niego bez słowa, a potem odwrócił wzrok.
— Cześć… Michał — powiedział Piotr niepewnie.
— Cześć — odpowiedział chłopak chłodno.
Przez kilka minut panowała niezręczna cisza. W końcu Piotr usiadł przy łóżku syna i zaczął mówić: o tym, jak bardzo żałuje; o tym, jak bardzo tęsknił; o tym, że chciałby choć trochę naprawić to, co zepsuł.
Michał słuchał go bez emocji. Dopiero po chwili spytał:
— Dlaczego nas zostawiłeś?
Piotr spuścił głowę i odpowiedział:
— Byłem tchórzem. Bałem się odpowiedzialności i uciekłem przed wszystkim… Ale każdego dnia myślałem o was.
Widziałam łzy w oczach syna i poczułam ukłucie bólu w sercu. Wiedziałam, że tej rany nie da się łatwo zagoić.
Po powrocie do domu długo nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się wspomnienia: pierwsze lata małżeństwa, narodziny dzieci, wspólne święta… I ta pustka po jego odejściu.
Następnego dnia Piotr przyszedł do nas jeszcze raz. Rozmawiał z córką — Zosią — która przez lata udawała obojętność, ale widziałam po niej, jak bardzo cierpiała bez ojca.
Wieczorem usiedliśmy razem przy stole kuchennym. Piotr zapytał cicho:
— Czy jest dla mnie jeszcze miejsce w waszym życiu?
Nie odpowiedziałam od razu. Wiedziałam jedno: nigdy już nie będziemy tą samą rodziną co kiedyś. Ale może możemy być czymś nowym? Może przebaczenie to nie zapomnienie, tylko decyzja o tym, by spróbować jeszcze raz?
Patrzyłam na Piotra i dzieci i zastanawiałam się: czy można odbudować coś, co zostało tak brutalnie zniszczone? Czy potrafię mu wybaczyć? Czy my wszyscy potrafimy jeszcze być szczęśliwi?
Może życie polega właśnie na tym: by mimo bólu i zdrady znaleźć w sobie siłę do przebaczenia? Czy wy bylibyście w stanie wybaczyć komuś taką zdradę?