Moja córka wstydzi się mnie, bo nie stać mnie na wsparcie jej tak jak teściów – czy naprawdę pieniądze są ważniejsze niż miłość?

– Mamo, nie rozumiesz, to nie jest tak, że ja chcę od ciebie pieniędzy… – Zuzanna mówiła to cicho, ale w jej głosie słyszałam rozczarowanie. Siedziałyśmy przy kuchennym stole, a ja czułam, jakby ktoś ściskał mi serce.

– Ale Zuza, przecież wiesz, że gdybym mogła… – zaczęłam, ale przerwała mi gestem ręki.

– Wiem, mamo. Po prostu… czasem jest mi głupio. Teściowa kupiła nam nową lodówkę, teść załatwił samochód. A ty… – zawahała się, spuszczając wzrok na filiżankę herbaty. – Ty przynosisz domowe ciasto i słoiki ogórków.

Zamarłam. Przez chwilę nie mogłam złapać tchu. Przypomniałam sobie wszystkie te wieczory spędzone nad zeszytami uczniów, kiedy Zuzanna była mała. Przypomniałam sobie, jak po śmierci męża musiałam sama ją wychować, jak liczyłam każdy grosz, żeby mogła pojechać na wycieczkę szkolną czy kupić nowe buty na zimę. Miałam ją późno – urodziłam Zuzannę w wieku 42 lat, po latach bezskutecznych starań i łez. Była moim cudem, moim słońcem.

A teraz siedziała przede mną dorosła kobieta i mówiła mi wprost, że się mnie wstydzi.

– Zuzia… – szepnęłam. – Czy naprawdę myślisz, że to wszystko się liczy? Że jestem gorsza, bo nie mam pieniędzy?

– Nie o to chodzi! – wybuchła nagle. – Po prostu… czasem czuję się jak uboga krewna! U nich wszystko jest takie łatwe. A ja muszę tłumaczyć mężowi, dlaczego nie możemy jechać na wakacje za granicę albo kupić nowego telewizora. On tego nie rozumie! Jego rodzice zawsze pomagają.

Patrzyłam na nią i widziałam w niej siebie sprzed lat – młodą kobietę pełną marzeń i lęków. Ale ja nigdy nie miałam nikogo, kto by mi pomagał. Moi rodzice zmarli wcześnie, a mąż odszedł nagle na zawał, kiedy Zuzanna miała zaledwie dziesięć lat.

– Zuza, ja cię kocham ponad życie – powiedziałam cicho. – Oddałabym ci wszystko, gdybym tylko mogła. Ale mam tylko tę emeryturę i trochę oszczędności na czarną godzinę.

Zuzanna westchnęła ciężko i spojrzała przez okno na szare podwórko. Przez chwilę milczałyśmy.

– Może powinnam była bardziej się postarać – powiedziałam w końcu. – Może powinnam była znaleźć lepszą pracę albo wyjechać za granicę…

– Mamo! Przestań! – Zuzanna spojrzała na mnie z wyrzutem. – Wiem, że robiłaś co mogłaś.

Ale czy wiedziała? Czy naprawdę rozumiała te wszystkie noce spędzone na szyciu firanek dla sąsiadek za parę groszy? Te upokorzenia, kiedy musiałam prosić o odroczenie rachunków?

Kilka dni później zadzwoniła do mnie jej teściowa, pani Grażyna.

– Pani Aniu, może chciałaby pani przyjść do nas na niedzielny obiad? – zaproponowała słodkim głosem. – Zuzia mówiła, że ostatnio jest pani trochę przygnębiona.

Poczułam ukłucie zazdrości i wstydu. Wiedziałam, że Grażyna patrzy na mnie z góry – ona i jej mąż prowadzą firmę budowlaną w Warszawie, mają dom z basenem i dwa samochody. Ja mam dwupokojowe mieszkanie w bloku z wielkiej płyty i starego fiata.

Na obiedzie czułam się jak intruz. Rozmowy krążyły wokół inwestycji, nowych mebli i planów na wakacje w Hiszpanii. Zuzanna siedziała obok męża i śmiała się z żartów teścia. Ja milczałam, dłubiąc widelcem w ziemniakach.

Po obiedzie Grażyna podeszła do mnie z uśmiechem.

– Pani Aniu, może chciałaby pani trochę dorobić? Potrzebujemy kogoś do pomocy przy sprzątaniu biura…

Poczułam się upokorzona. Czy naprawdę wyglądałam na kogoś tak zdesperowanego?

Wróciłam do domu i długo płakałam. Przeglądałam stare zdjęcia Zuzanny – jej pierwsze kroki, pierwszy dzień w szkole, studniówka… Byłam przy niej zawsze. A teraz czułam się niepotrzebna.

Kilka tygodni później Zuzanna zadzwoniła do mnie wieczorem.

– Mamo… przepraszam za tamtą rozmowę. Byłam niesprawiedliwa. Wiem, ile dla mnie zrobiłaś.

– Zuza…

– Po prostu czasem czuję się gorsza przy rodzinie Marka. Ale wiem, że to nie twoja wina.

Rozmawiałyśmy długo tej nocy. Opowiedziałam jej o swoich lękach i samotności po śmierci ojca. O tym, jak bardzo się bałam, że nie dam rady jej wychować sama.

Zuzanna płakała razem ze mną.

Dziś nasze relacje są lepsze, ale blizna pozostała. Czasem zastanawiam się: czy naprawdę pieniądze są ważniejsze niż miłość? Czy dzieci potrafią docenić to wszystko, co im dajemy – nawet jeśli nie jest to nowy samochód czy wakacje za granicą?

Czy wy też czuliście się kiedyś niewystarczający dla swoich dzieci? Co jest według was ważniejsze: wsparcie finansowe czy emocjonalne?