Kiedy miłość boli: Opowieść o odwadze jednej matki w polskich realiach
— Nie jesteś odpowiednia dla mojego syna, Marto! Zobacz, do czego go doprowadziłaś! — głos pani Teresy rozbrzmiewał echem w ciasnym mieszkaniu na warszawskim Ursynowie. Stałam na środku salonu, ściskając w spoconej dłoni wynik USG. Michał siedział na kanapie, wpatrzony w podłogę, jakby chciał się pod nią zapaść. Czułam, jak serce wali mi w piersi, a nogi odmawiają posłuszeństwa.
— Michał… powiedz coś — wyszeptałam, próbując złapać jego wzrok, dotknąć go choćby słowem. On tylko pokręcił głową i odwrócił się do okna.
— Nie wiem, Marta… Nie jestem gotowy. Nie wiedziałem, że to będzie takie trudne. Mama ma rację, może się pospieszyliśmy — powiedział cicho.
W tej chwili poczułam, jak grunt usuwa mi się spod nóg. Wyszłam za Michała mając dziewiętnaście lat, wbrew rodzicom z Białegostoku. Ostrzegali mnie: „Warszawa to nie miejsce dla ciebie, zgubisz się tam”. Ale ja wierzyłam w miłość. Wierzyłam jemu.
Pierwsze miesiące małżeństwa były pełne śmiechu i planów. Marzyliśmy o domku pod Warszawą, o weekendach nad Zegrzem i dzieciach biegających po ogrodzie. Kiedy zaszłam w ciążę, Michał był szczęśliwy. Kupował pluszowe misie i opowiadał wszystkim, że będzie najlepszym ojcem na świecie.
A potem przyszedł ten dzień w szpitalu na Inflanckiej. Lekarka położyła mi dłoń na ramieniu i powiedziała: — Pani Marto, państwa dziecko ma poważną wadę serca. Musimy monitorować ciążę i przygotować się na operację zaraz po porodzie.
Nie zdążyłam nawet zapłakać. Szukałam siły w oczach Michała, ale on już wtedy zaczął znikać.
Pani Teresa przejęła kontrolę nad naszym życiem. Codziennie przychodziła z nowymi radami: — Pij napary z pokrzywy! To wszystko przez twoją rodzinę! U nas takich chorób nie było! — czułam się jak intruz we własnym domu.
Pewnej nocy usłyszałam Michała szepczącego przez telefon: — Nie wiem co robić, mamo… Nie wytrzymuję już tego.
W kolejnych tygodniach stało się jasne, że nie jestem już mile widziana. Pani Teresa zaczęła sprowadzać swoje koleżanki, które patrzyły na mnie z góry i szeptały: — Biedna ona… Ciekawe co robiła zanim poznała Michała.
Moi rodzice dzwonili codziennie: — Marta, wracaj do domu. Nie jesteś sama. Tata i ja ci pomożemy. — Ale nie chciałam się poddać. Nie chciałam przyznać się do porażki.
Kiedy weszłam w dziewiąty miesiąc ciąży, Michał powiedział: — Może lepiej będzie, jak pojedziesz do swoich na czas porodu. Tu nie jest ci dobrze dla nerwów.
Poczułam lodowaty chłód w jego głosie. Spakowałam kilka rzeczy i wróciłam do Białegostoku. Mama przytuliła mnie tak mocno, jakby nigdy nie chciała puścić. Tata milczał, ale widziałam dumę w jego oczach, gdy powiedział: — Jesteś naszą dzielną dziewczynką.
Poród był ciężki. Mały Kuba urodził się z poważną wadą serca i od razu trafił na OIOM w Warszawie. Leżałam sama w szpitalnej sali, patrząc przez okno i modląc się, by Bóg nie zabrał mi dziecka.
Michał nie przyjechał. Przysłał tylko SMS-a: „Przepraszam, Marta. Nie dam rady.” Pani Teresa nawet nie złożyła mi życzeń.
Dni ciągnęły się niemiłosiernie. Każdego dnia jeździłam pociągiem z Białegostoku do Warszawy, by być przy Kubie. Pielęgniarki pocieszały mnie: — On jest wojownikiem jak pani.
Pewnego dnia podeszła do mnie doktor Nowicka: — Pani Marto, państwa syn ma szansę na życie, jeśli zbierzemy pieniądze na operację w Niemczech.
Nie miałam nic oprócz determinacji. Założyłam zbiórkę internetową. Ludzie z całej Polski zaczęli wpłacać pieniądze i przesyłać słowa wsparcia.
Michał się nie odzywał. Słyszałam od znajomych, że widują go w barach z dawnymi kolegami. Pani Teresa rozpowiadała po osiedlu, że zniszczyłam jej syna.
Ale nie poddałam się. Każdego dnia dziękowałam Bogu za każdą wpłatę i każde dobre słowo.
Operacja w Berlinie przebiegła pomyślnie. Kuba powoli dochodził do siebie. Gdy pierwszy raz spojrzał na mnie swoimi wielkimi oczami, wiedziałam, że wszystko to przetrwałam właśnie dla niego.
Wróciliśmy do Białegostoku, gdzie ludzie przyjęli mnie jak bohaterkę. Mama i tata pomagali mi we wszystkim. Zaczęłam pracować zdalnie jako tłumaczka i powoli budować nowe życie.
Michał nigdy nie wrócił. Czasem śni mi się ten dawny Michał, którego kochałam — ale potem patrzę na Kubę i wiem, że mam wszystko czego potrzebuję.
Często zastanawiam się: Dlaczego ludzie uciekają, gdy robi się trudno? Dlaczego miłość znika wtedy, gdy jest najbardziej potrzebna? Może wy znacie odpowiedź…