Gorzka cena szczęścia: Historia Magdy z Pruszkowa

– Magda, nie mam już siły! – głos mojej mamy rozbrzmiał w słuchawce tak głośno, że aż odsunęłam telefon od ucha. – Twój ojciec znowu wrócił nad ranem, śmierdział wódką i nawet nie spojrzał na mnie. Ile można to znosić?

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że za kilka lat powtórzę te same słowa, tylko do własnej córki. Że historia zatoczy koło, a ja – silna, ambitna dziewczyna z Pruszkowa – stanę się cieniem samej siebie. Ale po kolei.

Miałam dwadzieścia dwa lata, kiedy poznałam Pawła. Przystojny, wygadany, z poczuciem humoru i błyskiem w oku. Pracował w warsztacie samochodowym mojego wujka. Zaczęło się niewinnie – kawa po pracy, wspólne wyjścia na koncerty do Warszawy, długie rozmowy o marzeniach. Paweł był inny niż wszyscy chłopcy z osiedla. Obiecywał mi świat. A ja – głupia – uwierzyłam.

– Magda, ty to masz szczęście! – śmiała się moja przyjaciółka Anka. – Taki facet to skarb!

Skarb… Dziś wiem, jak bardzo się myliła.

Ślub był szybki, trochę pod presją rodziny (bo „co ludzie powiedzą”), trochę dlatego, że Paweł nalegał. Mama ostrzegała:

– Córeczko, nie śpiesz się. Znam takich jak on. Najpierw kwiaty i czułe słówka, a potem…

Nie słuchałam. Byłam zakochana po uszy.

Pierwsze lata były nawet szczęśliwe. Wynajęliśmy małe mieszkanie na osiedlu Staszica. Paweł dużo pracował, ja zaczęłam studia zaoczne i dorabiałam w sklepie spożywczym. Marzyliśmy o dziecku, własnym domu, wakacjach nad morzem.

A potem wszystko zaczęło się sypać.

Najpierw były drobne kłamstwa. „Zostałem dłużej w pracy”, „Koledzy mnie zatrzymali”. Potem coraz częstsze powroty po północy, zapach taniej wódki i perfum nie moich. Udawałam, że nie widzę. Wmawiałam sobie, że to przejściowe.

Pewnego wieczoru wrócił pijany i rzucił mi w twarz:

– Ty nic nie rozumiesz! Mam dość tego twojego wiecznego narzekania!

Zamarłam. To był pierwszy raz, kiedy podniósł na mnie głos. Potem przyszły kolejne razy – coraz głośniejsze awantury, trzaskanie drzwiami, ciche dni.

Kiedy zaszłam w ciążę z Zosią, miałam nadzieję, że wszystko się zmieni.

– Pawełku, będziemy mieli dziecko – powiedziałam mu pewnego ranka z drżącym głosem.

Spojrzał na mnie bez entuzjazmu.

– No to gratulacje… – mruknął i wyszedł do pracy.

Zostałam sama z lękiem i nadzieją.

Ciąża była trudna. Mama pomagała mi jak mogła, ale sama miała swoje problemy z ojcem. Paweł coraz częściej znikał na całe noce. Zaczęły krążyć plotki po osiedlu.

– Widziałam twojego Pawła z tą blondyną spod szóstki – szepnęła mi kiedyś sąsiadka na klatce schodowej.

Udawałam, że nie słyszę.

Po porodzie Paweł pojawił się w szpitalu z bukietem róż i butelką szampana.

– Przepraszam za wszystko – szeptał do ucha. – Obiecuję, że się zmienię.

Chciałam wierzyć. Naprawdę chciałam.

Przez kilka miesięcy było lepiej. Pomagał przy dziecku, przynosił zakupy, nawet raz zabrał mnie do kina. Ale potem wszystko wróciło ze zdwojoną siłą.

Pewnej nocy obudził mnie dźwięk telefonu Pawła. Wiadomość od „Kasi” – „Tęsknię za tobą”.

Serce mi stanęło. Wzięłam telefon do ręki i przeczytałam całą rozmowę. Zdradzał mnie od miesięcy.

Rano zrobiłam mu awanturę.

– Jak mogłeś?! Mamy dziecko! – krzyczałam przez łzy.

Wzruszył ramionami.

– Każdy facet czasem potrzebuje odskoczni. Ty tylko dziecko i dom!

Chciałam go wyrzucić z mieszkania, ale nie miałam dokąd pójść. Mama mieszkała z ojcem-alkoholikiem w kawalerce na drugim końcu miasta. Zostałam sama z niemowlakiem i poczuciem upokorzenia.

Zaczęły się codzienne kłótnie o pieniądze. Paweł coraz mniej dokładał się do rachunków. Zosia rosła, a ja musiałam wrócić do pracy na pół etatu. Czułam się jak robot – dom, dziecko, praca, zakupy, rachunki… A on? Coraz częściej znikał na całe weekendy.

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie matka Pawła:

– Magda, musisz coś zrobić! On się stacza! Widziałam go na mieście z jakimiś podejrzanymi typami!

Nie wiedziałam już, czy płakać czy krzyczeć.

W końcu przyszedł ten dzień.

Paweł wrócił nad ranem kompletnie pijany i wykrzyczał:

– Mam cię dość! Nie kocham cię już! Chcę rozwodu!

Zamarłam. Stałam w kuchni w starym szlafroku, z kubkiem zimnej herbaty w ręku i patrzyłam na niego jak na obcego człowieka.

– Dobrze – wyszeptałam tylko.

Spakował się i wyszedł bez słowa pożegnania.

Przez pierwsze tygodnie byłam jak zombie. Chodziłam do pracy, odbierałam Zosię ze żłobka, płakałam pod prysznicem nocami. Mama próbowała mnie pocieszać:

– Córeczko, dasz radę! Jesteś silniejsza niż myślisz!

Ale ja nie wierzyłam już w siebie.

W pracy zaczęły się plotki:

– Słyszałaś? Magda została sama z dzieckiem! Ciekawe co teraz zrobi…

Nie miałam siły tłumaczyć się przed światem.

Najgorsze były święta. Siedziałam przy stole z mamą i Zosią, patrzyłam na puste miejsce po Pawle i czułam tylko żal i pustkę.

A potem powoli zaczęło się coś zmieniać.

Zosia rosła – była moją radością i motywacją. W pracy poznałam Michała – nowego informatyka po przejściach. Był cichy, spokojny, zawsze gotów pomóc. Najpierw rozmawialiśmy tylko o komputerach i bajkach dla dzieci (on też miał syna z poprzedniego małżeństwa). Potem zaczęliśmy wychodzić razem na spacery z dziećmi po parku Potulickich.

Któregoś dnia Michał zaprosił mnie na kawę po pracy.

– Magda… wiem przez co przeszłaś. Ja też nie miałem lekko… Ale może spróbujemy razem?

Bałam się zaufać komukolwiek jeszcze raz. Ale coś we mnie pękło – chciałam spróbować żyć na nowo.

Mama była sceptyczna:

– Uważaj na siebie! Nie chcę żebyś znów cierpiała!

Ale tym razem słuchałam tylko siebie.

Zaczęliśmy spotykać się coraz częściej. Michał był zupełnie inny niż Paweł – spokojny, troskliwy, nigdy nie podniósł głosu ani ręki. Zosia go pokochała od razu.

Po roku zamieszkaliśmy razem w nowym mieszkaniu na Gąsinie. Było skromnie, ale szczęśliwie.

Paweł próbował wrócić kilka razy – dzwonił pijany w środku nocy:

– Magda… tęsknię… daj mi jeszcze jedną szansę…

Odkładałam słuchawkę bez słowa.

Dziś wiem jedno: szczęście nie przychodzi samo. Trzeba je sobie wywalczyć – czasem kosztem bólu i łez, czasem kosztem rodziny i opinii innych ludzi.

Patrzę na Zosię bawiącą się z Michałem i jego synem w salonie i myślę: czy gdybym wtedy nie odważyła się odejść… czy kiedykolwiek poczułabym się wolna?

A wy? Czy mieliście kiedyś odwagę postawić wszystko na jedną kartę? Czy warto było?