Zamieć, która zmieniła wszystko: Opowieść o rodzinie, winie i przebaczeniu

Zamieć szalała za oknem tak, że nawet światła latarni zniknęły pod białą ścianą. Siedziałam na podłodze w kuchni, trzymając dłoń ojca, który oddychał ciężko i nierówno. W tej chwili nie byłam już lekarzem – byłam tylko córką, która nie potrafi uratować własnego ojca.

– Zosia, weź się w garść! – krzyknęła przez telefon moja matka, uwięziona w swoim mieszkaniu na drugim końcu miasta. – Przecież ty jesteś lekarzem! Ty musisz coś zrobić!

– Mamo, nie mogę go przetransportować. Karetka nie dojedzie. Próbowałam wszystkiego… – głos mi się załamał.

– To twoja wina! Gdybyś nie kłóciła się z ojcem o ten dom, może by się tak nie denerwował!

Zamarłam. W tej jednej sekundzie poczułam, jak cała złość z ostatnich miesięcy wraca do mnie ze zdwojoną siłą. Odkąd mama wyprowadziła się do nowego partnera, a ja zostałam z ojcem w starym bloku na Pradze, wszystko było na mojej głowie. Ojciec pił coraz więcej, matka dzwoniła coraz rzadziej. A ja? Ja próbowałam być silna. Próbowałam być wszystkim naraz.

Odstawiłam telefon i spojrzałam na ojca. Jego twarz była blada, usta wykrzywione w grymasie bólu. Przypomniałam sobie, jak jeszcze tydzień temu wykrzykiwał mi w twarz:

– Ty zawsze musisz mieć rację! Zawsze wszystko lepiej wiesz! Nawet matkę ode mnie odciągnęłaś!

A ja wtedy odpowiedziałam:

– Może gdybyś nie pił i nie krzyczał, mama by została!

Teraz te słowa dźwięczały mi w głowie jak wyrok.

Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Serce mi stanęło – przecież nikt nie mógł się tu dostać przez te zaspy! Otworzyłam ostrożnie. W progu stał mój brat Marek, cały przemoczony, z twarzą czerwoną od zimna.

– Zosia! – rzucił się do środka. – Przebiłem się przez podwórko. Co z ojcem?

– Jest źle – wyszeptałam. – Marek… ja nie wiem, co robić.

Marek ukląkł przy łóżku ojca i spojrzał na mnie z wyrzutem.

– A gdzie mama? Dlaczego jej tu nie ma?

– Dzwoniłam do niej. Nie może wyjść z domu.

– Jasne – prychnął. – Zawsze ma wymówkę.

Usiedliśmy razem przy ojcu. Przez chwilę panowała cisza, przerywana tylko jego ciężkim oddechem i odległym wyciem wiatru. W końcu Marek odezwał się cicho:

– Pamiętasz, jak byliśmy mali i ojciec zabierał nas na sanki? Nawet wtedy był surowy, ale… zawsze wracaliśmy do domu razem.

Pokiwałam głową. Łzy same napływały mi do oczu.

– Marek… myślisz, że on nam kiedyś wybaczy?

Brat spojrzał na mnie smutno.

– Może to my powinniśmy mu wybaczyć? I sobie nawzajem też.

Wtedy zadzwonił telefon. To była ciotka Halina z parteru.

– Zosiu! Słyszałam, że u was źle! Mam trochę świec i herbaty. Przyniosę wam coś ciepłego!

Chciałam odmówić, ale Marek złapał mnie za rękę.

– Nie bądź dumna. Teraz liczy się każda pomoc.

Minuty ciągnęły się jak godziny. Ojciec raz po raz odzyskiwał przytomność i bełkotał coś pod nosem. Raz usłyszałam swoje imię:

– Zosia… przepraszam…

Zamarłam. Czy to był sen? Czy naprawdę to powiedział?

Marek spojrzał na mnie zaskoczony.

– Słyszałaś?

Pokiwałam głową i rozpłakałam się na dobre.

W końcu ciotka Halina zapukała do drzwi, cała zasypana śniegiem. Wniosła termos z herbatą i kilka świec.

– Dzieci moje kochane… – westchnęła, patrząc na nas z troską. – Musicie być razem. Rodzina to najważniejsze.

Przez chwilę siedzieliśmy wszyscy przy łóżku ojca, popijając gorącą herbatę i słuchając ciszy przerywanej tylko jego oddechem.

Nad ranem śnieżyca zaczęła słabnąć. Usłyszeliśmy syrenę karetki gdzieś w oddali. Wybiegliśmy na klatkę schodową i zaczęliśmy machać latarkami przez okno.

Lekarze wbiegli do mieszkania, przejęli opiekę nad ojcem. Ja stałam z boku, bezradna jak dziecko.

Po wszystkim Marek objął mnie ramieniem.

– Zosia… cokolwiek się stanie, jesteśmy rodziną. Musimy sobie wybaczyć.

Ojciec przeżył noc, choć już nigdy nie był taki jak dawniej. Zamieć minęła, ale ślady tej nocy zostały w nas na zawsze.

Czasem myślę: czy naprawdę musimy czekać na katastrofę, żeby powiedzieć sobie prawdę? Czy potrafimy wybaczyć zanim będzie za późno?