Między ciszą a krzykiem: Historia Pawła Nowickiego

Wszystko zaczęło się od krzyku. Był środek nocy, a ja miałem wtedy dwanaście lat. Siedziałem skulony pod drzwiami sypialni rodziców, słuchając, jak mama płacze, a ojciec rzuca talerzem o ścianę. – „Znowu wróciłeś pijany!” – krzyczała mama, a ja ściskałem w dłoni pluszowego misia, którego dostałem na szóste urodziny. – „To twoja wina, Anka! Gdybyś nie była taka zimna…” – wrzeszczał ojciec. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że dom nie jest bezpiecznym miejscem.

Mam na imię Paweł Nowicki. Dziś mam trzydzieści pięć lat i własną rodzinę, ale tamta noc wraca do mnie w snach. Po rozwodzie rodziców zamieszkałem z mamą w małym mieszkaniu na warszawskim Ursynowie. Ojciec zniknął na kilka lat, pojawiał się tylko od święta, przynosząc drogie zabawki i obietnice, których nigdy nie dotrzymywał. Mama pracowała po dwanaście godzin dziennie jako pielęgniarka, a ja szybko nauczyłem się gotować makaron i prać skarpetki.

W szkole byłem cichy, zamknięty w sobie. Koledzy śmiali się ze mnie, bo nie miałem markowych butów ani najnowszego telefonu. Najgorsze były wieczory – wtedy mama siadała przy kuchennym stole i płakała w milczeniu. Czasem próbowałem ją pocieszyć, ale ona tylko głaskała mnie po głowie i mówiła: – „Pawełku, musimy być silni.”

Kiedy miałem siedemnaście lat, mama zachorowała na raka. Przez pół roku żyliśmy w szpitalach i przychodniach. Ojciec pojawił się raz – przyniósł kwiaty i kopertę z pieniędzmi. Mama nie chciała ich przyjąć. – „Nie kupisz sobie przebaczenia,” powiedziała cicho. Po jej śmierci zostałem sam.

Przez kilka miesięcy mieszkałem u ciotki Haliny na Pradze. Tam poznałem Magdę – dziewczynę z sąsiedztwa, która miała w sobie tyle światła, że przez chwilę uwierzyłem w szczęście. Zakochałem się po uszy. Magda była moim pierwszym promykiem nadziei – razem uciekaliśmy na wagary nad Wisłę, marzyliśmy o wspólnej przyszłości.

Po maturze wyjechaliśmy razem do Krakowa na studia. Wynajęliśmy kawalerkę na Kazimierzu – ciasną, z odpadającym tynkiem i grzybem w łazience. Byliśmy biedni, ale szczęśliwi. Pracowałem jako kelner nocami, Magda dorabiała w księgarni. Wydawało mi się, że nic nas nie złamie.

Wtedy pojawił się Michał – mój ojciec po latach milczenia. Zadzwonił pewnego wieczoru: – „Paweł, musimy porozmawiać.” Spotkaliśmy się w kawiarni przy Rynku. Był siwy, zmęczony życiem. – „Chciałbym to wszystko naprawić,” powiedział drżącym głosem. Patrzyłem na niego z mieszaniną gniewu i żalu. – „Za późno,” odpowiedziałem i wyszedłem bez słowa.

Magda próbowała mnie przekonać, żebym dał mu szansę. – „Ludzie się zmieniają,” mówiła cicho, obejmując mnie ramieniem. Ale ja nie potrafiłem wybaczyć.

Po trzech latach Magda zaszła w ciążę. Byłem przerażony i szczęśliwy jednocześnie. Chciałem być lepszym ojcem niż mój własny. Kiedy urodził się nasz syn Kuba, obiecałem sobie, że nigdy go nie zostawię.

Ale życie nie jest bajką. Magda zaczęła coraz częściej wracać późno z pracy, była rozdrażniona i zamknięta w sobie. Pewnego dnia znalazłem jej telefon na stole – wiadomość od nieznanego numeru: „Tęsknię za tobą.” Zamarłem.

Wieczorem zapytałem wprost:
– Magda… kto to jest?
Zbladła.
– Paweł… to tylko kolega z pracy…
– Nie kłam mi.
Wybuchła płaczem.
– Przepraszam… Nie wiem, jak to się stało… Czuję się samotna… Ty ciągle pracujesz, jesteś nieobecny…

Poczułem się tak samo bezradny jak wtedy pod drzwiami sypialni rodziców. Przez kilka tygodni żyliśmy obok siebie jak obcy ludzie. Kłóciliśmy się o wszystko – o pieniądze, o opiekę nad Kubą, o to, kto ma wyrzucić śmieci.

Pewnej nocy spakowała walizkę.
– Wyjeżdżam do mamy na jakiś czas – powiedziała cicho.
Zostałem sam z synem.

Próbowałem być dobrym ojcem – rano odprowadzałem Kubę do przedszkola, potem biegłem do pracy, wieczorami czytałem mu bajki na dobranoc. Ale nocami płakałem w poduszkę ze strachu przed samotnością.

Po kilku miesiącach Magda wróciła.
– Chcę spróbować jeszcze raz – powiedziała drżącym głosem.
Nie wiedziałem, czy potrafię jej wybaczyć.

Wtedy zadzwonił mój ojciec.
– Paweł… jestem w szpitalu…
Pojechałem do niego bez przekonania. Leżał blady na łóżku, pod kroplówką.
– Przepraszam cię za wszystko…
Patrzyłem na niego długo w milczeniu.
– Dlaczego teraz? Dlaczego nie wtedy, kiedy cię potrzebowałem?
– Bałem się… byłem słaby…

Wyszedłem ze szpitala z ciężarem na sercu. Przez całą drogę myślałem o Magdzie i Kubie. Czy ja też kiedyś zostawię syna? Czy powielam błędy mojego ojca?

Po powrocie do domu usiadłem z Magdą przy kuchennym stole.
– Chcę spróbować jeszcze raz… dla Kuby… dla nas…
Popatrzyła na mnie ze łzami w oczach.
– Ja też chcę…

Minęły dwa lata. Nie jest idealnie – czasem kłócimy się o drobiazgi, czasem milczymy przez cały wieczór. Ale staramy się rozmawiać, słuchać siebie nawzajem. Ojciec zmarł pół roku temu – pogodziłem się z nim tuż przed śmiercią.

Często zastanawiam się, czy można naprawdę wybaczyć i zacząć od nowa? Czy przeszłość zawsze będzie cieniem nad naszym życiem? Może najważniejsze to nie uciekać przed bólem i nauczyć się kochać mimo wszystko?