Dałam córce dom, a jej mąż chce go sprzedać. Czy matczyna miłość ma granice?

– Mamo, musimy porozmawiać – powiedziała Ania, stojąc w progu kuchni. Jej głos drżał, a ja od razu poczułam w żołądku znajomy ucisk. Wiedziałam, że to nie będzie zwykła rozmowa. Odłożyłam łyżkę do zupy i spojrzałam na nią uważnie.

– Co się stało, kochanie? – zapytałam, choć w środku już czułam niepokój.

Ania usiadła naprzeciwko mnie, splatając nerwowo palce. – Michał… Michał chce sprzedać dom. Ten dom, który nam dałaś.

Poczułam, jak świat wokół mnie się zatrzymuje. Przez chwilę słyszałam tylko tykanie zegara i własny przyspieszony oddech. Dom… Mój dom. Dom, który budowałam cegła po cegle, oszczędzając na wszystkim, pracując po nocach jako sprzątaczka w szkole i szyjąc ubrania dla sąsiadek. Dom, który miał być dla Ani bezpieczną przystanią.

– Co ty mówisz? – wyszeptałam. – Przecież to wasz dom. Twój dom.

Ania spuściła wzrok. – Michał dostał propozycję pracy w Warszawie. Chce, żebyśmy zaczęli wszystko od nowa. A dom… mówi, że to tylko miejsce.

Tylko miejsce? Jak można tak powiedzieć? Przecież tu Ania stawiała pierwsze kroki, tu płakała po rozbitym kolanie, tu świętowaliśmy jej maturę i zaręczyny. Każda ściana tego domu zna nasze sekrety i radości.

– A ty? – zapytałam cicho. – Ty też tego chcesz?

Widziałam w jej oczach walkę. Z jednej strony była moją córką, wdzięczną za wszystko, co dla niej zrobiłam. Z drugiej – żoną Michała, który miał swoje ambicje i plany.

– Nie wiem… – wyszeptała. – Chcę być z nim, ale nie chcę cię ranić.

Wstałam i podeszłam do okna. Za szybą padał deszcz, krople spływały po szybie jak łzy. Przypomniałam sobie czasy, gdy byłam młodą matką. Mąż zostawił mnie dla innej kobiety, a ja zostałam sama z pięcioletnią Anią i kredytem na mieszkanie. To wtedy postanowiłam, że moja córka nigdy nie będzie musiała martwić się o dach nad głową.

Przez lata odkładałam każdą złotówkę. Gdy Ania miała osiemnaście lat, kupiłam stary dom na obrzeżach miasta. Sama go remontowałam – malowałam ściany, kładłam panele, kupowałam meble na raty. Każda rzecz w tym domu miała swoją historię: stół z komisu, na którym Ania pisała wypracowania; kanapa z promocji w Ikei, na której spały jej przyjaciółki podczas nocowań; zasłony uszyte z materiału po babci.

Gdy Ania wyszła za Michała, oddałam im dom w prezencie ślubnym. Byłam wtedy taka dumna! Myślałam, że spełniłam swoje największe marzenie jako matka.

Teraz Michał chce to wszystko sprzedać.

Wieczorem zadzwonił do mnie sam Michał. Jego głos był chłodny i rzeczowy:

– Pani Zofio, wiem, że to trudne, ale musimy myśleć o przyszłości. W Warszawie będziemy mieli lepsze perspektywy. Dom sprzedamy za dobrą cenę, kupimy mieszkanie bliżej centrum.

– A co z Anią? Co z jej wspomnieniami? – zapytałam ostro.

– Wspomnienia są w sercu, nie w murach – odpowiedział bez cienia emocji.

Zamknęłam oczy. Czy naprawdę jestem już tylko przeszkodą na ich drodze do szczęścia?

Przez kolejne dni chodziłam jak cień samej siebie. Nie mogłam spać ani jeść. Sąsiadka Basia zauważyła mój stan:

– Zosiu, co się dzieje?

Opowiedziałam jej wszystko przy herbacie.

– Nie pozwól im! – wykrzyknęła Basia. – To twój dom! Oni nie mają prawa!

Ale czy naprawdę nie mają prawa? Przecież oddałam im dom legalnie. Chciałam ich uszczęśliwić…

Pewnej nocy Ania przyszła do mnie zapłakana:

– Mamo… boję się. Boję się tej Warszawy, boję się zostawić wszystko za sobą… Ale Michał mówi, że jeśli nie pojadę z nim, to zostanie sam.

Przytuliłam ją mocno.

– Córciu… Ja chcę twojego szczęścia. Ale czy szczęście można budować na gruzach czyjegoś serca?

Ania milczała długo.

Kilka dni później przyszli razem – Ania i Michał. On był stanowczy:

– Pani Zofio, proszę nie utrudniać nam życia. To nasza decyzja.

Spojrzałam na nich oboje i poczułam ogromny żal. Nie tylko do Michała – do siebie też. Czy wychowałam córkę na kogoś, kto potrafi tak łatwo przekreślić przeszłość?

W końcu powiedziałam:

– Jeśli naprawdę tego chcecie… Nie będę was zatrzymywać. Ale pamiętajcie: dom to nie tylko ściany i dach. To miłość i poświęcenie zamknięte w każdym kącie.

Odeszli bez słowa.

Dziś siedzę sama przy kuchennym stole i patrzę na album ze zdjęciami Ani z dzieciństwa. Zastanawiam się: czy matczyna miłość powinna mieć granice? Czy powinnam walczyć o to, co stworzyłam z takim trudem? A może prawdziwa miłość polega na tym, by pozwolić odejść nawet wtedy, gdy serce pęka?

Czy wy bylibyście w stanie oddać wszystko dla szczęścia swoich dzieci? Czy są rzeczy, których nigdy nie powinniśmy im oddawać?