Zrobiłem to, co uważałem za słuszne – Historia Pawła z Gdańska
– Halo, Paweł? Słyszysz mnie? – głos mojej siostry Joanny drżał, jakby zaraz miała się rozpłakać. – Musisz natychmiast przyjechać na Zaspę. Michała pobili, jest w szpitalu…
Telefon prawie wypadł mi z ręki. Stałem na przystanku tramwajowym, czekając na ostatni kurs do domu po nocnej zmianie w stoczni. Zimny, listopadowy wiatr przeszywał mnie na wskroś, ale nie czułem już chłodu – tylko narastającą panikę. Michał, mój młodszy brat, zawsze był porywczy, ale nigdy nie sądziłem, że skończy tak…
Wsiadłem do tramwaju, nie pamiętając nawet, jak kasowałem bilet. W głowie dudniło mi jedno pytanie: kto mógł to zrobić? Michał miał wielu znajomych, ale też kilku wrogów. Ostatnio coraz częściej wdawał się w kłótnie z chłopakami z sąsiedztwa. Mama powtarzała mu: „Synku, nie szukaj guza”, ale on zawsze musiał mieć ostatnie słowo.
Kiedy wbiegłem do szpitala, Joanna siedziała skulona na plastikowym krześle. Jej oczy były czerwone od płaczu. – Lekarze mówią, że miał szczęście – wyszeptała. – Ale… Paweł, on nie chce mówić, kto to zrobił.
Wszedłem do sali. Michał leżał z podbitym okiem i rozciętą wargą. Spojrzał na mnie z mieszaniną wstydu i gniewu. – Daj spokój, Paweł – mruknął. – Nic mi nie jest.
– Kto to był? – zapytałem cicho.
– Nie ważne. Sam się o to prosiłem.
Nie mogłem tego tak zostawić. Wiedziałem, że jeśli nie zareaguję, sytuacja się powtórzy. Wróciłem do domu i całą noc nie zmrużyłem oka. Przed oczami miałem twarz Michała i słowa mamy: „Rodzina musi się trzymać razem”.
Następnego dnia poszedłem do pracy jak automat. Koledzy patrzyli na mnie pytająco, ale nie miałem siły tłumaczyć. Po południu zadzwonił do mnie Bartek – dawny kumpel z podwórka.
– Słyszałem o Michału – powiedział bez ogródek. – To sprawka Kuby i jego bandy. Od miesięcy terroryzują młodszych.
Wiedziałem, gdzie ich znaleźć. Wieczorem poszedłem na boisko za szkołą podstawową. Byli tam – Kuba i trzech jego kolegów. Zbliżyłem się powoli.
– Czego chcesz? – zapytał Kuba z kpiącym uśmiechem.
– Zostawcie mojego brata w spokoju – powiedziałem spokojnie, choć serce waliło mi jak oszalałe.
– A jak nie? – roześmiał się jeden z nich.
Nie pamiętam dokładnie, co się stało potem. Pamiętam tylko krzyk, szarpaninę i krew na mojej dłoni. Ktoś zadzwonił po policję. Zanim się obejrzałem, leżałem na ziemi z kajdankami na rękach.
W komisariacie siedziałem przez kilka godzin. Policjant zadawał pytania, a ja powtarzałem: „Chciałem tylko chronić brata”.
Wróciłem do domu nad ranem. Mama płakała, tata patrzył na mnie z wyrzutem.
– Paweł, co ty narobiłeś? – zapytał cicho.
– Nie mogłem inaczej…
Przez kolejne tygodnie cała rodzina żyła w napięciu. Michał zamknął się w sobie, Joanna przestała wychodzić z domu po zmroku. Mama bała się o nas wszystkich.
W pracy patrzono na mnie podejrzliwie. Ktoś rzucił: „Bohater się znalazł”. Inni unikali mnie wzrokiem.
Najgorsze były rozmowy z tatą. – Synu, przemoc rodzi przemoc – powtarzał. – Trzeba było zgłosić to na policję.
Ale ja wiedziałem swoje. Gdybym nie zareagował, Michał mógłby skończyć gorzej.
Pewnego wieczoru usiadłem z mamą przy kuchennym stole.
– Wiem, że chciałeś dobrze – powiedziała łagodnie. – Ale czasem trzeba pomyśleć o konsekwencjach.
Spojrzałem na jej zmęczoną twarz i poczułem ciężar winy.
Minęły miesiące. Sprawa ucichła, Kuba wyjechał do pracy za granicę, a ja próbowałem wrócić do normalności. Ale coś we mnie pękło. Straciłem część siebie tej nocy na boisku.
Czasem budzę się w środku nocy i słyszę w głowie głos taty: „Przemoc rodzi przemoc”. Ale czy naprawdę miałem wybór?
Czy można być dobrym bratem i jednocześnie dobrym człowiekiem? Czy zawsze trzeba wybierać między rodziną a zasadami? Może wy też kiedyś stanęliście przed takim dylematem…