Nowa żona ojca – Historia Liliany Mareckiej
„Za tydzień?” – powtórzyłam głucho, patrząc na kremowy kartonik z tłoczonymi złotymi literami. Zaproszenie na ślub mojego ojca, Stanisława Mareckiego, z Agnieszką Nowak. Nawet nie potrafił uprzedzić. Nawet nie zadzwonił. Po prostu wysłał zaproszenie, jakbyśmy byli obcymi ludźmi.
Telefon zadzwonił, wyrywając mnie z otępienia. Na ekranie pojawiło się imię mojej młodszej siostry: „Kasia”.
– Lilka, widziałaś? – jej głos drżał od emocji. – On naprawdę to robi? Za tydzień?
– Widziałam. – Odpowiedziałam cicho, czując, jak w gardle rośnie mi gula. – Nie rozumiem tego, Kasia. Przecież mama nie żyje nawet rok…
Po drugiej stronie zapadła cisza. Wiedziałam, że Kasia płacze. Zawsze była bardziej wrażliwa ode mnie. Ja nauczyłam się chować emocje głęboko, odkąd mama zachorowała na raka. To ja byłam tą silną, tą, która ogarniała papiery, szpitale, lekarzy. Ojciec wtedy znikał na całe dnie do pracy albo do swojego warsztatu samochodowego.
– Pojedziesz na ten ślub? – spytała nagle Kasia.
– Nie wiem… – odpowiedziałam szczerze. – Chyba muszę. Dla niego. Dla siebie.
Odkładając telefon, poczułam narastającą złość. Jak on mógł? Jak mógł tak szybko zapomnieć o mamie? Przecież jeszcze niedawno płakał nad jej grobem, mówił, że już nigdy nikogo nie pokocha…
Tydzień minął w nerwach i milczeniu. W domu czuć było napięcie – Kasia zamknęła się w swoim pokoju, tata unikał nas jak ognia. W piątek wieczorem usiadł przy stole i spojrzał na nas ciężkim wzrokiem.
– Dziewczyny… – zaczął niepewnie. – Chciałem z wami porozmawiać.
– O czym? – przerwałam mu ostro.
– O Agnieszce… O ślubie…
Kasia spuściła głowę, a ja poczułam, jak narasta we mnie bunt.
– Tato, czy ty naprawdę myślisz, że to dobry pomysł? Że my jesteśmy na to gotowe?
Westchnął ciężko.
– Lilka… Ja wiem, że to trudne. Ale Agnieszka… Ona mi pomogła po śmierci mamy. Była przy mnie, kiedy wy już miałyście dość wszystkiego…
Zacisnęłam pięści pod stołem.
– My miałyśmy dość? My? To my siedziałyśmy przy mamie do końca! Ty uciekałeś!
Tata pobladł.
– To nieprawda…
– Prawda! – krzyknęłam. – I teraz chcesz nam ją wcisnąć do domu jak nową firankę?
Kasia zaczęła płakać. Tata wstał i wyszedł bez słowa.
W dniu ślubu padał deszcz. Ubrałam się na czarno – nie z żałoby po mamie, ale z buntu wobec tej farsy. Kasia założyła granatową sukienkę mamy. W kościele było zimno i pusto; większość rodziny nie przyszła. Ojciec wyglądał na zmęczonego i starszego niż zwykle. Agnieszka miała na sobie prostą białą sukienkę i sztuczny uśmiech.
Po ceremonii podeszła do nas.
– Cześć dziewczyny… Mam nadzieję, że z czasem się dogadamy.
Spojrzałam jej prosto w oczy.
– Nie licz na to.
Kasia tylko skinęła głową i uciekła do samochodu.
W domu zaczęło się piekło. Agnieszka próbowała być miła: gotowała obiady, sprzątała, przynosiła ciasta z cukierni. Ale wszystko robiła „po swojemu”. Zmieniła zasłony w salonie, wyrzuciła stare zdjęcia mamy ze wspólnej półki, przestawiła meble w kuchni.
Pewnego dnia wróciłam ze szkoły i zobaczyłam ją w sypialni rodziców – mojej mamy i taty – jak przegląda jej biżuterię.
– Co ty robisz?!
Agnieszka odwróciła się powoli.
– Chciałam tylko uporządkować rzeczy… Twój tata powiedział, że mogę…
– To nie są twoje rzeczy! – wrzasnęłam. – Wynoś się stąd!
Wybiegłam z domu i długo chodziłam po parku, płacząc z bezsilności.
Z czasem sytuacja tylko się pogarszała. Tata coraz częściej stawał po stronie Agnieszki. Gdy próbowałyśmy z Kasią rozmawiać o mamie przy stole, on ucinał temat:
– Dajcie już spokój! Przeszłość minęła!
Czułam się coraz bardziej obca we własnym domu. Kasia zamknęła się w sobie zupełnie; zaczęła opuszczać lekcje, przynosić jedynki ze szkoły. Nauczycielka zadzwoniła do taty:
– Panie Marecki, pańska córka potrzebuje pomocy psychologa.
Ojciec tylko wzruszył ramionami:
– Przesadza pani. To przez okres dojrzewania.
Wtedy postanowiłam działać sama. Zapisałam Kasię do psychologa szkolnego bez wiedzy taty. Sama też zaczęłam chodzić na spotkania grupy wsparcia dla osób w żałobie.
Pewnego wieczoru usłyszałam kłótnię w kuchni:
– Staszek, ja tak dłużej nie mogę! Twoje córki mnie nienawidzą! – krzyczała Agnieszka.
– Daj im czas…
– Ile jeszcze?! Przecież ja tu jestem jak służąca! Niczego nie doceniają!
Weszłam do kuchni bez pukania.
– Może dlatego, że próbujesz zastąpić nam matkę? A tego się nie da zrobić!
Agnieszka spojrzała na mnie z nienawiścią.
– Jesteś niewdzięczna! Twój ojciec zasłużył na szczęście!
– A my? My już nie mamy prawa być szczęśliwe?
Ojciec milczał. Po raz pierwszy zobaczyłam w jego oczach strach i bezradność.
Kilka tygodni później Kasia trafiła do szpitala po próbie samobójczej. Znalazłam ją nieprzytomną w łazience; pocięte ręce, pusty blister po tabletkach przeciwbólowych.
W szpitalu lekarz powiedział mi:
– Twoja siostra potrzebuje terapii i wsparcia rodziny. Inaczej może być gorzej.
Ojciec siedział przy łóżku Kasi i płakał pierwszy raz od śmierci mamy.
Po wyjściu ze szpitala zaczęliśmy rozmawiać – naprawdę rozmawiać. O mamie, o bólu, o tym, co nas boli najbardziej. Agnieszka próbowała się wtrącać, ale tym razem ojciec ją powstrzymał:
– Agnieszko, musisz dać nam czas. Nie możesz być matką na siłę.
Ona obraziła się i wyjechała do swojej matki na kilka tygodni.
W domu zrobiło się spokojniej. Zaczęliśmy powoli układać sobie życie na nowo – bez udawania, bez przemilczania bólu. Ojciec przeprosił nas za wszystko:
– Byłem tchórzem… Bałem się waszego smutku bardziej niż własnego.
Kasia wróciła do szkoły i zaczęła pisać pamiętnik o mamie. Ja zdałam maturę i dostałam się na psychologię – chciałam pomagać takim rodzinom jak nasza.
Agnieszka wróciła po kilku miesiącach; była inna – cichsza, bardziej ostrożna. Próbowała być częścią naszej rodziny powoli, bez narzucania się.
Dziś wiem jedno: żałoba to proces, którego nie da się przyspieszyć ani oszukać nowym związkiem czy nowymi zasłonami w salonie. Każdy musi przeżyć stratę po swojemu.
Czasem patrzę na ojca i zastanawiam się: czy można naprawdę zacząć od nowa? Czy rodzina to coś, co można posklejać po tylu ranach? Co wy o tym myślicie?