Z dnia na dzień zostałam mamą pięciorga dzieci – historia, która zmieniła moje życie na zawsze
– Mamo, a czy ja mogę jeszcze jednego naleśnika? – zapytał Michał, patrząc na mnie wielkimi, brązowymi oczami. Stałam przy kuchence, próbując nie przypalić kolejnej porcji, podczas gdy w mojej głowie kłębiły się myśli. Zaledwie trzy miesiące temu byłam kobietą, która po latach nieudanych prób pogodzenia się z bezdzietnością, zaczęła powoli godzić się z myślą, że nigdy nie zostanę matką. Teraz miałam pod opieką dwóch chłopców – Michała i jego młodszego brata Jasia – a w brzuchu rosły mi trojaczki.
Pamiętam ten dzień, kiedy zadzwonił telefon. Był piątek, godzina 16:30. Siedziałam przy kuchennym stole z Markiem, moim mężem. Pracował wtedy zdalnie jako informatyk, ja prowadziłam małą kwiaciarnię na Pradze. Odbierając telefon od pani z ośrodka adopcyjnego, nie spodziewałam się niczego szczególnego. „Pani Anno, mamy dla państwa propozycję. Dwóch braci, Michał lat 7 i Jaś lat 4. Rodzeństwo nierozłączne.”
Spojrzałam na Marka. W jego oczach zobaczyłam to samo przerażenie i nadzieję, które czułam sama. „Musimy to przemyśleć” – powiedział cicho. Ale już wiedzieliśmy. Po tylu latach walki o dziecko nie mogliśmy powiedzieć „nie”.
Pierwsze dni były jak tornado. Michał był zamknięty w sobie, nieufny. Jaś płakał po nocach, wołając mamę, której już nie było. Próbowałam być dla nich czuła, ale czułam się jak oszustka. Czy można pokochać dzieci od razu? Czy one mogą pokochać mnie?
Minęły dwa tygodnie. Pewnego ranka obudziły mnie mdłości. Zrzuciłam to na stres i zmęczenie. Ale kiedy po raz trzeci wymiotowałam w pracy, koleżanka spojrzała na mnie podejrzliwie: „A może ty jesteś w ciąży?” Zaśmiałam się gorzko – przecież to niemożliwe! Po tylu latach leczenia niepłodności? Ale test ciążowy nie kłamał.
Kiedy usłyszałam od lekarza: „Gratuluję, spodziewa się pani trojaczków”, świat zawirował mi przed oczami. Wróciłam do domu i usiadłam naprzeciwko Marka. „Musisz usiąść” – powiedziałam drżącym głosem. „Będziemy mieli trojaczki.”
Marek milczał przez długą chwilę. W końcu wyszeptał: „Nie damy rady… Aniu, my już mamy dwójkę dzieci! Jak my to ogarniemy?”
Przez kolejne tygodnie żyliśmy jak w amoku. Chłopcy zaczynali się do nas przyzwyczajać, ale każda noc była walką o sen i spokój. Jaś często budził się z krzykiem: „Mamo! Nie zostawiaj mnie!” Michał coraz częściej zamykał się w sobie i przestawał mówić.
Któregoś wieczoru usiedliśmy z Markiem przy stole. „Nie jestem pewien, czy dam radę” – powiedział cicho. „Czuję się jakby ktoś wrzucił nas do głębokiej wody bez koła ratunkowego.”
„A ja?” – odpowiedziałam ze łzami w oczach – „Przecież ja też się boję! Ale nie możemy ich zawieść.”
Następnego dnia zadzwoniła moja mama. „Aniu, musisz poprosić o pomoc. Nie udawaj przed sobą, że wszystko jest dobrze.”
Ale jak miałam prosić o pomoc? Przecież powinnam być szczęśliwa – dostałam wszystko, o czym marzyłam! A jednak czułam się coraz bardziej samotna.
W szpitalu lekarz ostrzegł mnie: „Ciąża trojacza to duże ryzyko. Musi pani dużo odpoczywać.” Jak miałam odpoczywać, kiedy w domu dwóch chłopców potrzebowało matki?
Któregoś dnia Michał rozbił szybę piłką. Zamiast krzyczeć, usiadłam na podłodze i zaczęłam płakać razem z nim. „Przepraszam” – szlochał – „Nie chciałem…”
Przytuliłam go mocno. „To tylko szyba” – wyszeptałam – „Ale ty jesteś dla mnie ważniejszy niż wszystkie szyby świata.”
Od tego dnia coś się zmieniło. Michał zaczął częściej przychodzić do mnie po radę, Jaś coraz rzadziej płakał w nocy.
Ciąża była trudna. Leżałam w szpitalu przez ostatni miesiąc. Marek musiał sam zajmować się chłopcami i domem. Były dni, kiedy dzwonił do mnie i płakał: „Nie wiem już co robić… Oni mnie nie słuchają…”
W końcu nadszedł dzień porodu. Trojaczki przyszły na świat przedwcześnie, ale były zdrowe. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam całą piątkę razem – dwóch chłopców i trzy maleństwa w inkubatorach – poczułam coś, czego nie da się opisać słowami.
Dziś nasz dom to jeden wielki chaos: pieluchy, zabawki, krzyki i śmiech przeplatają się każdego dnia. Są chwile zwątpienia i kłótni – Marek czasem zamyka się w łazience na godzinę tylko po to, by pobyć sam ze sobą; ja czasem płaczę po nocach ze zmęczenia.
Ale są też momenty szczęścia: kiedy Jaś przytula się do mnie i mówi: „Jesteś moją prawdziwą mamą”, kiedy Michał pomaga mi karmić maluchy albo kiedy Marek patrzy na nas wszystkich i mówi: „Nie zamieniłbym tego na nic innego.”
Czasem zastanawiam się: czy można być dobrą matką dla pięciorga dzieci naraz? Czy miłość naprawdę wystarczy? A może najważniejsze to po prostu być razem i nie bać się prosić o pomoc?