Od zera do właścicielki: Historia mojej walki o godność i przyszłość
– I co teraz zrobisz, Anka? Myślisz, że dasz sobie radę? – głos Pawła odbijał się echem w pustym salonie. Stał naprzeciwko mnie z tą swoją nową, wyzywającą pewnością siebie. Za jego plecami majaczyła sylwetka Magdy – młodsza o dziesięć lat, z uśmiechem satysfakcji na ustach.
Nie odpowiedziałam. W gardle miałam gulę, a w oczach łzy. Michał, nasz ośmioletni syn, tulił się do mojej nogi, nie rozumiejąc jeszcze do końca, co się dzieje. Paweł rzucił mi klucze na stół.
– Bez mnie zdechniecie z głodu. Ta firma to ja. Ty nawet nie wiesz, jak się za to zabrać. – Jego słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego.
Wyszłam z mieszkania z jedną walizką i Michałem za rękę. Nie miałam dokąd pójść. Mama mieszkała w małym bloku na Pradze, ledwo wiązała koniec z końcem po śmierci taty. Ale nie miałam wyboru.
Pierwsze tygodnie były jak koszmar. Michał płakał nocami, a ja próbowałam znaleźć pracę. CV wysyłałam wszędzie – od sklepów spożywczych po call center. Nikt nie chciał samotnej matki bez doświadczenia poza pracą w firmie męża. Zresztą, Paweł zadbał o to, by nikt mnie nie zatrudnił – rozpuścił plotki, że jestem niekompetentna i leniwa.
Pewnego dnia mama wróciła z pracy i znalazła mnie siedzącą na podłodze w kuchni.
– Aniu, musisz coś zrobić. Michał cię potrzebuje. Nie możesz się poddać przez tego drania.
– Ale ja nie mam siły… – szlochałam.
– Masz! Jesteś moją córką. Zawsze byłaś uparta jak osioł. Pokaż mu, że się myli.
Te słowa coś we mnie obudziły. Przypomniałam sobie wszystkie lata spędzone w firmie Pawła – to ja prowadziłam księgowość, rozmawiałam z klientami, pilnowałam terminów. On tylko podpisywał papiery i jeździł na spotkania.
Zadzwoniłam do starego klienta firmy – pana Nowaka.
– Pani Aniu? Co się stało? Dawno pani nie było w biurze.
– Panie Nowaku… Paweł mnie wyrzucił. Ale jeśli potrzebuje pan pomocy przy rozliczeniach, mogę to zrobić zdalnie.
– Oczywiście! Zawsze pani była sumienna. Proszę przesłać mi ofertę.
Tak zaczęłam od nowa – po godzinach, przy kuchennym stole u mamy, z laptopem pożyczonym od sąsiadki. Klientów przybywało powoli, ale każdy nowy kontrakt był jak promyk nadziei.
Paweł dowiedział się o tym po kilku miesiącach.
– Podszywasz się pod moją firmę?! – wrzeszczał przez telefon.
– Nie podszywam się. Klienci sami do mnie dzwonią. Chcą współpracować ze mną, nie z tobą.
– Zniszczę cię! – rzucił i rozłączył się.
Bałam się każdego dnia. Czekałam aż przyjdzie wezwanie do sądu albo ktoś obleje mi drzwi farbą. Ale nic takiego się nie stało. Za to zaczęły do mnie docierać plotki – Paweł coraz częściej nie pojawiał się w pracy, Magda wydawała jego pieniądze na prawo i lewo, a firma zaczynała tonąć w długach.
Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie sekretarka Pawła – Basia.
– Aniu… On już sobie nie radzi. Ludzie odchodzą, klienci rezygnują. Może powinnaś wrócić?
– Nie wrócę jako pracownik. Ale mogę odkupić firmę.
Basia zamilkła na chwilę.
– Myślę, że to jedyne wyjście.
Zebrałam wszystkie oszczędności – swoje i mamy. Poprosiłam pana Nowaka o pożyczkę na procent. Pojechałam do Pawła z propozycją.
– Chcesz kupić moją firmę? Ty?!
– Tak. Albo ją sprzedasz mi teraz, albo za miesiąc ogłoszą upadłość i nie dostaniesz nic.
Patrzył na mnie z nienawiścią i pogardą, ale wiedział, że mam rację. Podpisał papiery bez słowa.
Pierwszego dnia w nowej-starej firmie czułam się jak intruz. Pracownicy patrzyli na mnie nieufnie – część pamiętała mnie jako żonę szefa, inni słyszeli tylko plotki o „tej, co rozwaliła rodzinę”.
Zebrałam wszystkich w sali konferencyjnej.
– Wiem, co o mnie myślicie. Ale przyszłam tu pracować razem z wami. Jeśli ktoś chce odejść – drzwi są otwarte. Jeśli zostaniecie, obiecuję wam uczciwość i szacunek.
Nikt nie wyszedł.
Przez kolejne miesiące pracowałam po kilkanaście godzin dziennie. Zawiozłam Michała do szkoły, potem biegłam do biura, wieczorami sprawdzałam faktury i pisałam maile do klientów. Czasem zasypiałam nad laptopem z głową na klawiaturze.
Były chwile zwątpienia – kiedy bank odmówił kredytu, kiedy jeden z największych klientów zerwał umowę przez „niepewną sytuację” firmy, kiedy Michał zachorował na zapalenie płuc i musiałam wybierać między szpitalem a ważnym spotkaniem biznesowym.
Pewnego dnia Paweł przyszedł do biura pijany.
– Oddaj mi to! To moje! – krzyczał na korytarzu.
Wyszedł ochroniarz i wyprowadził go na zewnątrz. Pracownicy patrzyli na mnie ze współczuciem i… szacunkiem?
Wieczorem zadzwoniła Magda.
– On jest wrakiem człowieka przez ciebie! Jak możesz być taka zimna?
– Przez lata byłam dla niego wszystkim. Teraz muszę być wszystkim dla siebie i dla syna.
Po roku firma zaczęła przynosić zyski. Michał znów się uśmiechał. Mama płakała ze szczęścia na wieść o pierwszej premii świątecznej dla pracowników.
Któregoś dnia zatrzymałam się przed lustrem w łazience firmy i spojrzałam sobie w oczy pierwszy raz od dawna bez wstydu czy żalu.
Czy było warto? Czy musiałam przejść przez piekło upokorzenia i samotności, żeby odnaleźć siebie?
A może każda z nas ma w sobie siłę większą niż myśli? Co wy byście zrobili na moim miejscu?