Wykluczona z wesela mojej pasierbicy: czy kiedykolwiek byłam częścią tej rodziny?

– Katarzyna, nie wiem, jak ci to powiedzieć… – głos mojego męża, Andrzeja, drżał, gdy stał w progu kuchni. Patrzył na mnie z tym swoim zmęczonym spojrzeniem, jakby już od tygodni nosił w sobie ciężar tej rozmowy.

– Powiedz po prostu – odpowiedziałam cicho, ścierając dłonie o fartuch. Czułam, jak serce wali mi w piersi. Przeczuwałam, że to będzie coś złego. W powietrzu wisiała jakaś nieuchwytna groza.

– Ola… – zaczął, a ja już wiedziałam. – Ola nie chce, żebyś była na jej ślubie.

Zamarłam. Przez chwilę miałam wrażenie, że czas się zatrzymał. Słyszałam tylko szum krwi w uszach i cichy stukot deszczu o parapet. W głowie pojawiło się tysiąc pytań, ale żadne nie przebiło się przez gęstwinę rozczarowania.

– Rozumiem – wyszeptałam, choć wcale nie rozumiałam. – Czy ona powiedziała dlaczego?

Andrzej spuścił wzrok. – Mówi, że… że to dzień dla najbliższych. Że nie chce komplikacji. Że…

– Że jestem komplikacją – dokończyłam za niego. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Odwróciłam się do okna, żeby nie widział mojej twarzy.

Wtedy wróciły do mnie wszystkie wspomnienia: pierwsze spotkanie z Olą, kiedy miała jedenaście lat i patrzyła na mnie z nieufnością; wieczory spędzone na wspólnym pieczeniu pierników; jej płacz po rozwodzie rodziców; moje próby bycia dla niej kimś więcej niż tylko „nową żoną taty”.

Pamiętam, jak kiedyś zapytała mnie: „Czy ty zawsze będziesz z nami?” Odpowiedziałam wtedy: „Tak długo, jak będziecie mnie potrzebować.” Czyżby już mnie nie potrzebowała?

Andrzej próbował mnie objąć, ale odsunęłam się. – Muszę pobyć sama – powiedziałam i wyszłam z kuchni.

W sypialni usiadłam na łóżku i pozwoliłam łzom płynąć swobodnie. Czułam się zdradzona przez wszystkich: przez Olę, przez Andrzeja, przez samą siebie. Przez lata starałam się być dobrą macochą – nie narzucać się, ale być obecna; nie zastępować matki, ale wspierać; nie oceniać, tylko słuchać.

Przypomniałam sobie wszystkie te święta, kiedy Ola przychodziła do nas z miną obrażonej księżniczki i nie chciała rozmawiać. Andrzej zawsze wtedy mówił: „Daj jej czas.” Dawałam czas. Dawałam przestrzeń. Dawałam serce.

A teraz? Teraz nawet nie zasłużyłam na zaproszenie na jej ślub.

Telefon zadzwonił. Spojrzałam na ekran – mama. Odrzuciłam połączenie. Nie chciałam słuchać kolejnych rad w stylu: „Nie przejmuj się, dzieci są niewdzięczne.” To nie była prawda. Ola była wrażliwa, tylko… nigdy nie pozwoliła mi się do siebie zbliżyć.

Wieczorem Andrzej próbował jeszcze raz porozmawiać.

– Kasia…

– Nie chcę o tym rozmawiać – przerwałam mu ostro. – To jej decyzja. Szanuję ją.

Ale czy naprawdę szanowałam? Czy raczej czułam się upokorzona? Zaczęłam analizować każdy szczegół ostatnich miesięcy: czy zrobiłam coś źle? Czy powinnam była bardziej się starać? Może za bardzo chciałam być częścią tej rodziny?

Następnego dnia zadzwoniła do mnie siostra Andrzeja, Basia.

– Kasia, słyszałam… Ola chyba przesadza! Przecież jesteś jej macochą od tylu lat!

– Może właśnie dlatego – odpowiedziałam gorzko. – Może nigdy nie byłam dla niej nikim ważnym.

Basia westchnęła. – Dzieciaki są okrutne. Ale Andrzej powinien był postawić sprawę jasno!

– Nie chcę go stawiać między młotem a kowadłem – powiedziałam cicho. – To jego córka.

Basia milczała przez chwilę. – Ale ty też jesteś jego żoną.

Te słowa wracały do mnie przez kolejne dni jak echo. Czy naprawdę byłam tylko dodatkiem do tej rodziny? Kim byłam dla Andrzeja? Kim byłam dla Oli?

W dniu ślubu obudziłam się wcześnie. Słońce świeciło przez okno, a ptaki śpiewały jakby na przekór mojemu nastrojowi. Andrzej już wyszedł – miał być świadkiem córki.

Siedziałam przy stole z kubkiem zimnej kawy i patrzyłam na zdjęcia stojące na półce: Ola jako mała dziewczynka z Andrzejem na Mazurach; Ola z matką na komunii; Ola ze mną i Andrzejem podczas wakacji nad morzem. Na żadnym zdjęciu nie było nas wszystkich razem.

Zadzwoniła moja mama.

– Kasiu, kochanie…

– Mamo, proszę…

– Musisz o siebie zadbać. Nie możesz pozwolić, żeby cię tak traktowali!

– To nie takie proste – odpowiedziałam zmęczonym głosem.

Mama westchnęła. – Zawsze byłaś za dobra dla ludzi.

Po południu przyszła Basia z ciastem.

– Nie mogłam cię tak zostawić samej – powiedziała i objęła mnie mocno.

Rozpłakałam się w jej ramionach jak dziecko.

– Basia… ja naprawdę ją kochałam jak własną córkę…

– Wiem, Kasiu. Wiem.

Wieczorem wrócił Andrzej. Był zmęczony i blady.

– Jak było? – zapytałam chłodno.

– Ładnie… Ola wyglądała pięknie…

Milczałam przez chwilę.

– Czy pytała o mnie?

Andrzej spuścił głowę.

– Nie…

Poczułam ukłucie bólu w sercu.

Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak obcy ludzie. Andrzej próbował mnie pocieszać, ale każde jego słowo tylko pogłębiało moją samotność.

Któregoś wieczoru zebrałam się na odwagę i napisałam do Oli wiadomość:
„Olu, życzę Ci szczęścia na nowej drodze życia. Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwa. Jeśli kiedykolwiek będziesz mnie potrzebować – jestem tutaj. Katarzyna”
Nie odpisała.

Czas mijał powoli. Zaczęłam chodzić na długie spacery po parku, żeby zebrać myśli. Zastanawiałam się nad swoim miejscem w tej rodzinie. Czy naprawdę byłam tylko tłem? Czy można być rodziną bez więzi krwi?

Pewnego dnia spotkałam w parku sąsiadkę, panią Zofię.

– Coś taka smutna, Kasiu?

Opowiedziałam jej wszystko. Słuchała uważnie, a potem powiedziała:
– Rodzina to nie tylko krew i nazwisko. To wybór serca. Ty wybrałaś ich… a oni?

Te słowa długo we mnie rezonowały.

Z czasem nauczyłam się żyć z tą pustką. Zaczęłam więcej czasu poświęcać sobie: wróciłam do malowania, zapisałam się na jogę. Zrozumiałam, że nie mogę zmusić nikogo do miłości ani akceptacji.

Andrzej próbował odbudować naszą relację, ale coś we mnie pękło na zawsze. Nie potrafiłam już patrzeć na niego tak samo jak kiedyś.

Minął rok od ślubu Oli. Dostałam od niej kartkę na święta: „Dziękuję za wszystko” – napisała krótko. Nic więcej.

Czasem patrzę w lustro i pytam samą siebie: czy kiedykolwiek byłam częścią tej rodziny? Czy można kochać kogoś bardziej niż on jest gotów cię przyjąć?

A Wy? Czy byliście kiedyś wykluczeni z rodziny, którą sami wybraliście? Co to właściwie znaczy być rodziną?