Miłość, która bolała najbardziej

Telefon męża zadrżał w mojej dłoni, kiedy właśnie kończyłam układać naczynia do zmywarki. „Dzięki ci, Włodziu! Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła” – rozbłysła wiadomość na ekranie. Nadawcą była jakaś Marzenka. Wiadomość kończył kokieteryjny uśmieszek z serduszkiem. Przez chwilę stałam jak sparaliżowana, z szeroko otwartymi oczami. Marzenka? Włodziu? Mogłabym pomyśleć, że to daleka krewna albo koleżanka z pracy, gdyby nie ten uśmieszek. I serduszko.

W kuchni pachniało jeszcze świeżo zaparzoną kawą, a za oknem padał deszcz, rozmazując światła ulicznych latarni. W głowie miałam mętlik. Przecież Włodek nigdy nie dawał mi powodów do zazdrości. Zawsze wracał do domu na czas, pomagał przy dzieciach, był czuły. Ale ta wiadomość… To nie była zwykła wdzięczność. To było coś więcej. Poczułam, jak serce zaczyna mi walić, a w gardle rośnie gula.

Usiadłam na krześle, wpatrując się w telefon. Przewinęłam rozmowę. „Spotkamy się dziś wieczorem?”, „Tęsknię za tobą, Włodziu…”, „Nie mogę się doczekać, aż znów mnie przytulisz”. Każde kolejne zdanie wbijało się we mnie jak nóż. Przez chwilę miałam ochotę rzucić telefonem o ścianę, ale zamiast tego położyłam go delikatnie na stole. Przypomniałam sobie, jak jeszcze wczoraj Włodek całował mnie na dobranoc, jak mówił, że jestem dla niego najważniejsza. Czy to wszystko było kłamstwem?

Wrócił do domu godzinę później, przemoczony, z siatką zakupów. „Kinga, jesteś? Kupiłem twoje ulubione jogurty!” – zawołał z przedpokoju. Stałam w kuchni, z rękami skrzyżowanymi na piersi. „Włodek, musimy porozmawiać” – powiedziałam cicho, ale stanowczo. Spojrzał na mnie zaskoczony. „Co się stało?”

Podałam mu telefon. Przez chwilę patrzył na ekran, potem na mnie. „To nie tak, jak myślisz…” – zaczął, ale przerwałam mu. „To jak? Wyjaśnij mi, proszę, co to znaczy, że jakaś Marzenka tęskni za twoimi przytuleniami?”

Włodek spuścił wzrok. „Kinga, to… to koleżanka z pracy. Miała trudny okres, pomagałem jej. Może trochę się zagalopowała…”

„A ty? Ty też się zagalopowałeś?” – zapytałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. Przez chwilę milczał. „To nic nie znaczyło. Przysięgam. Byłem głupi. To tylko kilka spotkań, rozmów… Nic więcej.”

Nie wierzyłam mu. Zbyt dobrze znałam ten ton głosu, to unikanie wzroku. „Włodek, ile to trwa?”

„Kilka miesięcy…” – wyszeptał. Poczułam, jak świat usuwa mi się spod nóg. Kilka miesięcy. Przez kilka miesięcy żyłam w kłamstwie, myśląc, że wszystko jest w porządku. „Dlaczego?” – zapytałam, a głos mi się załamał. „Czego ci brakowało?”

Włodek usiadł naprzeciwko mnie, z twarzą ukrytą w dłoniach. „Nie wiem. Byłem zmęczony, przytłoczony pracą, domem… Marzenka słuchała mnie, rozumiała. Ty ostatnio byłaś ciągle zajęta dziećmi, domem, pracą. Czułem się niewidzialny.”

Zabolało. Bo wiedziałam, że to prawda. Ostatnie miesiące były trudne. Praca, dzieci, kredyt, wieczne zmęczenie. Często nie miałam siły na rozmowy, na czułość. Ale czy to usprawiedliwia zdradę? Czy to daje mu prawo szukać pocieszenia u innej?

Przez kolejne dni w domu panowała cisza. Dzieci wyczuwały napięcie, pytały, dlaczego tata śpi na kanapie. Tłumaczyłam, że tata jest chory, że potrzebuje spokoju. Ale one wiedziały. Dzieci zawsze wiedzą więcej, niż nam się wydaje.

Moja mama zadzwoniła, jak co tydzień. „Kinga, co się dzieje? Słyszę po głosie, że coś jest nie tak.” Przez chwilę milczałam, a potem wszystko z siebie wyrzuciłam. Mama westchnęła ciężko. „Wiedziałam, że ten Włodek to nie jest chłop na twoją głowę. Zawsze był za miły, za grzeczny. Tacy najczęściej zdradzają.”

„Mamo, proszę cię…” – jęknęłam. „Nie potrzebuję teraz oceniania. Potrzebuję wsparcia.”

„Wiem, córeczko. Ale musisz być silna. Nie pozwól, żeby cię zniszczył. Pomyśl o dzieciach.”

Myślałam o nich cały czas. O tym, jak bardzo kochają ojca, jak bardzo potrzebują stabilności. Ale czy ja mogę być szczęśliwa, żyjąc w kłamstwie? Czy potrafię mu wybaczyć?

W pracy byłam jak cień. Koleżanka z biura, Aneta, zauważyła, że coś jest nie tak. „Kinga, wyglądasz, jakbyś nie spała od tygodnia. Wszystko w porządku?”

„Nie, Aneta. Mój mąż mnie zdradził.”

Aneta przytuliła mnie bez słowa. „To nie twoja wina. Pamiętaj o tym.”

Wieczorami płakałam w poduszkę, żeby dzieci nie słyszały. Włodek próbował rozmawiać, tłumaczyć się, przepraszać. Pisał mi listy, zostawiał kwiaty na stole, gotował obiady. Ale ja nie potrafiłam mu zaufać. Każde jego słowo wydawało mi się fałszywe, każde spojrzenie podejrzane.

Pewnego dnia, kiedy dzieci były u babci, usiedliśmy razem w kuchni. „Kinga, nie chcę cię stracić. Zrobię wszystko, żebyś mi wybaczyła. Pójdę na terapię, jeśli chcesz. Zerwałem kontakt z Marzenką. Proszę, daj mi szansę.”

Patrzyłam na niego długo. Widziałam w jego oczach strach, żal, skruchę. Ale widziałam też siebie – kobietę, która przez lata dawała z siebie wszystko, a teraz została z niczym. „Nie wiem, czy potrafię ci wybaczyć, Włodek. Zraniłeś mnie jak nikt inny. Ale nie chcę podejmować decyzji w złości. Potrzebuję czasu.”

Zgodził się. Przez kolejne tygodnie żyliśmy obok siebie, jak współlokatorzy. Dzieci wróciły do domu, a my udawaliśmy przed nimi, że wszystko jest w porządku. Ale one widziały. Czuły chłód, dystans, brak śmiechu.

Pewnego dnia, kiedy odprowadzałam córkę do przedszkola, spotkałam sąsiadkę, panią Halinę. „Pani Kingo, wszystko w porządku? Dawno nie widziałam pani z mężem na spacerze.”

Uśmiechnęłam się blado. „Mamy trochę trudny czas.”

Pani Halina pokiwała głową. „Wie pani, ja z moim Stasiem też mieliśmy kryzys. Ale przetrwaliśmy. Bo rozmawialiśmy. Bo nie baliśmy się mówić o tym, co boli.”

Te słowa zapadły mi w pamięć. Może rzeczywiście za mało rozmawialiśmy? Może za bardzo skupiliśmy się na codzienności, zapominając o sobie nawzajem?

Wieczorem usiadłam z Włodkiem przy stole. „Chcę spróbować terapii. Chcę zrozumieć, co się stało. Ale musisz mi obiecać, że będziesz szczery. Że nie będziesz już nic przede mną ukrywał.”

Przytaknął. „Obiecuję, Kinga. Kocham cię. Nie chcę cię stracić.”

Zaczęliśmy chodzić na terapię. Było trudno. Bolało. Musieliśmy zmierzyć się z rzeczami, o których nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy. O moim zmęczeniu, o jego poczuciu osamotnienia, o naszych lękach i pragnieniach. Były łzy, krzyki, ciche dni. Ale z czasem zaczęliśmy się znowu do siebie zbliżać.

Nie wiem, czy kiedykolwiek mu w pełni wybaczę. Zdrada zostawia ślad, którego nie da się całkiem zmazać. Ale wiem, że chcę walczyć o naszą rodzinę. Dla dzieci, dla siebie. Bo miłość to nie tylko piękne chwile, ale też walka o siebie nawzajem, nawet wtedy, gdy wszystko wydaje się stracone.

Czasem patrzę na Włodka i zastanawiam się, czy jeszcze kiedyś będę mu ufać tak jak dawniej. Czy można odbudować coś, co zostało tak bardzo zniszczone? A może to właśnie te rany uczą nas, jak naprawdę kochać? Co wy o tym myślicie?