Syn chciał, żebyśmy zastawili mieszkanie na jego wesele. Kiedy odmówiłam, wypomniał nam wszystko, co daliśmy jego siostrze

Zobaczyłam numer naszej księgi wieczystej na kartce leżącej między cukiernicą a talerzem z sernikiem. Pod spodem były wyliczenia rat. Nasze mieszkanie, spłacane przez dwadzieścia siedem lat, miało zabezpieczyć kredyt na wesele syna.

Paweł siedział naprzeciwko i przesuwał palcem po wydruku, jakby tłumaczył mi rachunek za prąd.

— To tylko zabezpieczenie, mamo. Przecież nie stracicie mieszkania. Będziemy z Magdą dokładać do rat.

Mój mąż, Andrzej, patrzył w stół. Wtedy zrozumiałam, że wiedział wcześniej.

— Rozmawialiśmy w piątek — mruknął. — Chciałem najpierw sprawdzić możliwości.

Miałam sześćdziesiąt jeden lat, chore kolano i umowę na pół etatu w szkolnej kuchni. Andrzej był na emeryturze. Odłożyliśmy czterdzieści osiem tysięcy: na leczenie, awarię pieca, życie, gdyby któreś z nas zostało samo.

Paweł potrzebował sześćdziesięciu tysięcy. Od nas. Resztę mieli dać rodzice Magdy i pokryć sami młodzi.

— Albo dajecie oszczędności i bierzemy mniejszy kredyt — dodał. — Naprawdę są rozwiązania.

Powiedziałam, że nie zastawię mieszkania. Oszczędności też nie oddam. Mogliśmy bezpiecznie przeznaczyć osiem tysięcy i tyle wcześniej obiecałam.

Syn odsunął talerz.

— Czyli dla mnie zawsze minimum.

Agnieszka, nasza córka, właśnie zbierała filiżanki. Zatrzymała się przy zlewie.

— Paweł, osiem tysięcy to nie jest minimum.

— Ciebie nikt nie pytał.

Odstawiła filiżanki tak ostro, że jedna pękła przy uchu.

— To nie mów tak do mamy.

Wtedy się zaczęło.

Paweł wyliczał studia Agnieszki, opłacany akademik, komputer. Jej wesele, na które dołożyliśmy piętnaście tysięcy. Mówił szybko, czerwieniał, zaciskał dłonie pod stołem.

— Ja poszedłem do roboty po technikum. Nie kosztowałem was przez pięć lat. A teraz słyszę, że mam sobie zrobić obiadek, bo księżniczka już swoje dostała.

Chciałam zaprzeczyć. Otworzyłam usta i przypomniałam sobie, jak mówiłam znajomym: „Agnieszka studiuje, a Paweł tylko w warsztacie”. Tylko. Ile razy on to słyszał?

— Za studia dostała więcej — przyznałam. — To prawda. I nieraz mówiłam głupio o twojej pracy. Przepraszam cię za to.

Spojrzał na mnie, zaskoczony. Zaraz jednak wskazał kartkę.

— No to teraz możecie wyrównać.

— Nie naszym mieszkaniem.

Wstał tak gwałtownie, że krzesło uderzyło o ścianę.

— Rozumiem. Jak zwykle jestem mniej ważny.

Drzwi trzasnęły. Andrzej jeszcze długo zbierał okruszki z obrusa, chociaż nie było już czego zbierać.

Wieczorem pokłóciliśmy się pierwszy raz od lat tak, że zamknęłam się w łazience.

— Mogłeś mu od razu powiedzieć, że nie — powiedziałam przez drzwi.

— Bałem się, że przestanie przyjeżdżać.

Mnie też to przerażało. Tylko że strach przed pustym miejscem przy stole nie sprawiał, że rata stawała się mniejsza.

Przez dziewięć dni Paweł nie odbierał. Dziesiątego zadzwoniła Magda. Mówiła cicho, z przystanku, bo w tle słyszałam autobusy.

— Pani wiedziała, że my już wpłaciliśmy osiem tysięcy zadatku?

Nie wiedziałam.

Ona z kolei nie wiedziała o mieszkaniu. Paweł powiedział jej, że rodzice pomogą, „tak jak pomagali Agnieszce”. Sala pod Łodzią, sto trzydzieści osób, ciężki dym, poprawiny. Oglądali zdjęcia, podpisali umowę, zanim policzyli wszystko do końca.

— Też się na to zgodziłam — przyznała. — Nie chcę udawać, że to tylko jego pomysł.

Po tej rozmowie usiadłam na taborecie w kuchni i rozpłakałam się ze zmęczenia.

Agnieszka przyszła w sobotę z siatką ziemniaków. Obierała je, aż w końcu powiedziała:

— U nas w domu ludowym jest kuchnia i porządna sala. Mogę zapytać o termin. Albo obiad dla najbliższych. Tylko nie chcę znowu wyjść na tę, co wie lepiej.

Zadzwoniła do brata przy mnie. Najpierw usłyszała, że proponuje mu wiejską potańcówkę.

— Mogę pomóc znaleźć coś tańszego albo po prostu przyjść jako gość — odpowiedziała. — Ale nie będę słuchać, że wszystko ci zabrałam.

Umówiliśmy się tydzień później. Bez sernika, bez udawania święta. Magda przyniosła zeszyt z kosztami. Paweł długo nie zdejmował kurtki.

Zadatek przepadł. To bolało go najbardziej. Wybrali obiad i tańce dla sześćdziesięciu osób w domu ludowym. Nadal musieli oszczędzać, zrezygnować z podróży i kilku rzeczy, na których im zależało.

Przy wyjściu Paweł zatrzymał się przy Agnieszce.

— Z tym, że wszystko miałaś łatwo… przesadziłem.

— Miałam łatwiej w niektórych sprawach — powiedziała. — Ale nie byłam przeciwko tobie.

Nie przytulili się. Pomógł jej tylko znieść wózek po schodach. Patrzyłam na nich przez uchylone drzwi.

Wciąż myślę, ile dawnych krzywd przeoczyłam, zanim syn położył przede mną te wyliczenia.

Czy mogę uznać jego żal i jednocześnie odmówić pieniędzy, nie tracąc go przy tym?