„Bezczelna jesteś! Ty nie masz dzieci, a ja jestem matką!” – Jak moja szwagierka zrujnowała mi urodziny, by nie oddać mi pieniędzy
– Bezczelna jesteś! Ty nie masz dzieci, a ja jestem matką! – krzyknęła Aneta przez cały salon, a jej głos odbił się echem od ścian mojego mieszkania. Goście zamilkli. Wszyscy patrzyli na mnie, jakbym była winna najgorszego przestępstwa. Stałam przy stole, trzymając w dłoni nóż do tortu, który jeszcze chwilę temu miałam pokroić dla rodziny. Moje trzydzieste piąte urodziny zamieniły się w scenę z taniego dramatu.
Nie tak wyobrażałam sobie ten dzień. Marzyłam o spokojnym spotkaniu z najbliższymi, śmiechu, rozmowach i cieple rodzinnej atmosfery. Zamiast tego czułam się jak oskarżona na ławie sądowej. Wszystko przez pieniądze – a raczej przez to, że odważyłam się upomnieć o swoje.
Aneta jest żoną mojego brata, Pawła. Od zawsze była osobą, która potrafiła postawić na swoim. Kilka miesięcy temu poprosiła mnie o pożyczkę – pięć tysięcy złotych na remont pokoju dla ich córki. Zgodziłam się bez wahania. W końcu rodzina to rodzina. Ustaliliśmy termin zwrotu na koniec maja. Dziś był już czerwiec.
Przez ostatnie tygodnie próbowałam delikatnie przypominać Anecie o długu. Najpierw żartem, potem coraz poważniej. Zawsze miała wymówkę: a to choroba dziecka, a to niespodziewane wydatki. W końcu postanowiłam porozmawiać z nią w cztery oczy podczas moich urodzin, licząc na dyskrecję i zrozumienie.
Niestety, Aneta wyprzedziła mnie. Gdy tylko weszła do salonu z prezentem dla mnie – tanią świecą zapachową – zaczęła głośno opowiadać wszystkim, jak ciężko jest być matką i ile kosztuje wychowanie dziecka. Widziałam, że to wstęp do czegoś większego.
Po obiedzie zebrałam się na odwagę i poprosiłam ją na bok. – Aneta, chciałam zapytać, czy masz może już dla mnie te pieniądze? Wiesz, sama mam teraz trochę trudniejszą sytuację…
Spojrzała na mnie z pogardą i nagle podniosła głos tak, by wszyscy słyszeli:
– Ty nie rozumiesz! Ty nie masz dzieci! Nie masz pojęcia, ile kosztuje życie! Myślisz tylko o sobie!
Poczułam, jak robi mi się gorąco ze wstydu. Mama spojrzała na mnie z wyrzutem, brat spuścił wzrok. Ojciec chrząknął nerwowo. Nikt nie stanął po mojej stronie.
– Ale Aneta… – zaczęłam cicho – przecież umówiłyśmy się…
– Umówiłyśmy się? Ty naprawdę nie masz serca! Wiesz, ile kosztują leki dla dziecka? Przedszkole? Ubrania? Ty masz tylko siebie! – przerwała mi bezlitośnie.
Czułam się coraz mniejsza. Goście patrzyli na mnie jak na potwora. Ktoś szepnął: „Mogłaby poczekać”. Ktoś inny: „Nie wie, co to znaczy być matką”.
W jednej chwili cała radość z urodzin wyparowała. Stałam tam jak skamieniała, z nożem do tortu w ręku i łzami w oczach. Próbowałam zebrać myśli:
– Aneta, ja nie chcę cię skrzywdzić… Po prostu potrzebuję tych pieniędzy…
– To idź do banku! – syknęła. – Ja mam rodzinę!
Brat nawet nie spojrzał mi w oczy. Mama zaczęła tłumaczyć Anecie, że „może rzeczywiście powinnam poczekać”. Ojciec wyszedł na balkon zapalić papierosa.
Czułam się zdradzona przez wszystkich. Przecież to ja zawsze pomagałam rodzinie: opiekowałam się dziećmi brata, gdy Aneta musiała iść do pracy; pożyczałam pieniądze; robiłam zakupy dla mamy po operacji kolana. A teraz stałam się wrogiem publicznym numer jeden.
Goście zaczęli rozmawiać między sobą szeptem. Słyszałam urywki zdań: „Nie powinna była tego robić przy wszystkich”, „Ale przecież to jej urodziny”, „Aneta też ma rację”.
W końcu nie wytrzymałam i wybiegłam do łazienki. Zamknęłam się na klucz i pozwoliłam łzom płynąć swobodnie. Słyszałam przez drzwi stłumione głosy: ktoś próbował mnie uspokoić, ktoś inny mówił „daj jej spokój”.
Po kilku minutach wróciłam do salonu z wymuszonym uśmiechem. Pokroiłam tort i rozdawałam kawałki każdemu po kolei, udając, że nic się nie stało. W środku czułam pustkę i żal.
Po imprezie brat podszedł do mnie niepewnie:
– Wiesz… Aneta ma teraz trudny czas… Może dasz jej jeszcze trochę czasu?
– Paweł – odpowiedziałam zmęczonym głosem – to nie chodzi tylko o pieniądze. Chodzi o szacunek.
Nie odpowiedział. Wyszedł razem z Anetą i córką. Mama jeszcze raz próbowała mnie przekonać:
– Dziecko… Rodzina jest najważniejsza. Czasem trzeba odpuścić.
– A co ze mną? – zapytałam cicho.
Zostałam sama w pustym mieszkaniu z resztkami tortu i rozdartym sercem.
Od tamtej pory minęły dwa tygodnie. Nikt nie zadzwonił z przeprosinami ani propozycją zwrotu pieniędzy. Zaczęłam się zastanawiać: czy naprawdę jestem bez serca? Czy w rodzinie liczy się tylko to, kto ma dzieci i większe potrzeby? Czy miłość i szacunek powinny być warunkowe?
Może powinnam była milczeć? A może właśnie za często milczę? Ile razy można poświęcać siebie dla innych?
Czy naprawdę pieniądze są ważniejsze niż uczucia? Czy rodzina powinna być miejscem wsparcia czy polem walki o racje?