Brat żąda pieniędzy na ślub – rodzinna wojna o dom rodziców. Co robić, gdy własna rodzina się rozpada?

– Nie rozumiesz, Anka! To mój jedyny ślub, a wy nawet nie chcecie mi pomóc! – krzyczał Paweł, trzaskając drzwiami kuchni. Stałam przy zlewie, ściskając w dłoni mokrą szklankę, jakby od tego zależało moje życie. Mama siedziała przy stole, skulona, z czerwonymi oczami. Tata patrzył przez okno, udając, że nie słyszy tej awantury. W powietrzu wisiała cisza, która bolała bardziej niż krzyki.

Od zawsze byłam tą rozsądną w rodzinie. To ja godziłam rodziców po kłótniach, to ja pomagałam Pawłowi w lekcjach, kiedy był mały. Ale teraz wszystko się posypało. Paweł wrócił z narzeczoną z Warszawy i od razu zaczął mówić o ślubie – wielkim, wystawnym, takim, jakiego jeszcze nikt w naszej rodzinie nie widział. Problem w tym, że nie miał na to pieniędzy. I wtedy padło to jedno zdanie: „Sprzedajmy dom po dziadkach. Przecież i tak tu nikt nie mieszka.”

Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Ten dom był dla mnie wszystkim – schronieniem, wspomnieniem dzieciństwa, miejscem pierwszych miłości i łez. To tam chowaliśmy się z Pawłem przed burzą, to tam babcia piekła najlepsze drożdżówki na świecie. Jak można było tak po prostu go sprzedać?

– Paweł, przecież ten dom to nasza historia – powiedziałam cicho, próbując nie płakać. – Nie możemy go oddać za kilka chwil zabawy.

– Ty zawsze musisz być tą mądrą! – wybuchł brat. – A może ty się dorzucisz? Może ty zapłacisz za mój ślub?

Mama zaczęła płakać jeszcze głośniej. Tata wyszedł z kuchni bez słowa. Zostaliśmy sami – ja i Paweł, jak wtedy, gdy byliśmy dziećmi i kłóciliśmy się o ostatniego cukierka.

– Wiesz co? – powiedziałam przez zaciśnięte zęby. – Może gdybyś pomyślał o innych, nie tylko o sobie, nie byłoby tego problemu.

Paweł spojrzał na mnie z pogardą. – Ty nic nie rozumiesz. Ty zawsze byłaś ulubienicą mamy. Tobie wszystko przychodzi łatwo.

Chciałam mu odpowiedzieć, ale zabrakło mi słów. Przecież to nieprawda. Pracowałam na wszystko sama – studia, mieszkanie, nawet samochód kupiłam za własne pieniądze. Ale Paweł zawsze uważał, że świat jest mu coś winien.

Przez kolejne dni atmosfera w domu była nie do zniesienia. Mama chodziła jak cień, tata milczał jeszcze bardziej niż zwykle. Paweł zamykał się w swoim pokoju i rozmawiał przez telefon z narzeczoną – słyszałam przez drzwi jej rozżalone głosy: „Twoja siostra cię nie kocha”, „Twoi rodzice są skąpi”.

Pewnego wieczoru mama przyszła do mnie do pokoju. Usiadła na łóżku i długo milczała.

– Aniu… – zaczęła cicho. – Może powinniśmy sprzedać ten dom? Paweł jest naszym synem…

Poczułam gniew i bezsilność jednocześnie.

– Mamo! A co z tobą? Z tatą? Przecież to wasz dom! Dlaczego mamy wszystko oddać Pawłowi?

Mama spuściła głowę.

– On jest taki nieszczęśliwy…

– A my? My się nie liczymy?

Wyszła bez słowa. Zostałam sama ze swoim bólem i poczuciem winy.

Następnego dnia Paweł przyszedł do mnie rano.

– Anka… Przepraszam za wczoraj. Ale naprawdę mi zależy na tym ślubie. To dla mnie ważne…

Spojrzałam mu prosto w oczy.

– Ale czy ważniejsze niż nasza rodzina?

Nie odpowiedział.

Wieczorem rodzice zwołali rodzinne spotkanie. Siedzieliśmy przy stole jak obcy ludzie.

– Musimy podjąć decyzję – powiedział tata sucho. – Albo sprzedajemy dom po dziadkach i pomagamy Pawłowi, albo zostawiamy go dla przyszłych pokoleń.

Cisza była długa i ciężka.

– Ja nie chcę tych pieniędzy – powiedziałam w końcu. – Chcę tylko, żebyśmy byli razem.

Paweł spuścił głowę.

– Ja… ja już nie wiem, co robić – wyszeptał.

Mama zaczęła płakać.

Tata wstał od stołu.

– Może powinniśmy się zastanowić, co jest dla nas najważniejsze – powiedział cicho i wyszedł z pokoju.

Przez kolejne dni każdy chodził własnymi ścieżkami. Ja wracałam do pracy w szkole z ciężkim sercem. Paweł wyjechał do Warszawy bez pożegnania. Mama przestała gotować obiady, tata coraz częściej wychodził na długie spacery.

W końcu zadzwoniła do mnie babcia z drugiej strony Polski.

– Aniu, pamiętaj jedno: dom to nie tylko mury. Dom to ludzie. Ale czasem trzeba walczyć o to, co ważne.

Te słowa długo dźwięczały mi w głowie.

Po tygodniu Paweł zadzwonił pierwszy raz od wyjazdu.

– Anka… Przepraszam. Chyba przesadziłem. Nie chcę was stracić przez pieniądze.

Poczułam ulgę i smutek jednocześnie.

– Paweł… Może spróbujmy znaleźć inne rozwiązanie? Może skromniejszy ślub? Albo rozłożymy koszty na raty?

Zgodził się bez entuzjazmu, ale przynajmniej rozmawialiśmy jak rodzeństwo.

Dziś dom po dziadkach stoi pusty, ale już nikt nie mówi o jego sprzedaży. Rodzice powoli wracają do siebie, mama znów piecze ciasta, tata naprawia płot w ogrodzie. Paweł i jego narzeczona planują mniejszy ślub za rok.

Czasem patrzę na naszą rodzinę i zastanawiam się: ile jesteśmy w stanie poświęcić dla siebie nawzajem? Czy naprawdę pieniądze mogą być ważniejsze niż miłość i wspólne wspomnienia? Może każdy z nas musi sam znaleźć odpowiedź na to pytanie.